
Całe dzieciństwo ziemskich dzieci jest pasmem długiej zielonej taśmy wijącej się pomiędzy pachołkami z mordami o barwie świeżo wykopanych buraków. Zaczyna się od sylwestrowej popijawy i dziewięciu miesięcy abstynencji, tylko po to, żeby pierwszą rzeczą, jaką się zobaczy po wyjściu z brzucha mamy, był purpurowy pysk pana doktora o przekrwionych oczach starego alkoholika.
W krótkiej formie filmowej można by było pokazać jak dziecko się rozwija – idzie do przedszkola, gdzie przedszkolanka, z ogromnym brzuchem i piersiami wielkości małych arbuzów, o chropowatej skórze poznaczonej śladami po młodzieńczych pryszczach i z bordową twarzą miłośnika kawy z nadciśnieniem, krzyczy na nie wyrzucając z kolejnymi słowami duże ilości śliny. Potem w podstawówce sytuacja się szczególnie nie zmienia, poza tym, że do wychowawczyni dochodzi fizyczka o takim samym wyglądzie, lecz jeszcze ostrzejszym temperamencie, historyk, chudy staruszek w okularach za którymi rozbiegane oczy szukają tylko pretekstu i miejsca, żeby wyskoczyć i przechylić piersiówkę pełną pośledniej wódki, oraz pani od wychowania muzycznego, która jest wielką miłośniczką kotów, tanich win i skręcanych własnoręcznie papierosów z najtańszego tytoniu.
Kiedy przychodzi czas na liceum poprzedni nauczyciele wymiękają. Tutaj bowiem polonista, informatyk oraz wuefista i facet od PO ciągle chodzą pozostawiając za sobą odór przetrawionego alkoholu, anglistka przypomina pierwszą lepszą kurwę, która za 250zł postawi pałę w łazience i zaliczy cały semestr, a zaraz potem rozwijającego się szesnastolatka, który jeszcze nie może legalnie pić tego, co wychowawca. Pani od biologii lubi wino, ale to z wyższej półki, od fizyki woli coś, co szybko kopie i pozwala zapomnieć o bólu w krzyżu, od niemieckiego i geografii preferują drinki, z im większej ilości składników tym lepiej, i tylko babka od historii udaje, że jest abstynentką wcinając bombonierki z rumem.
Lecz, dopiero, kiedy przychodzi się na studia, gdzie już można legalnie pić i robi się to w masowych ilościach cała zabawa nabiera tempa. Nikt nie kryje się z tym ile pije, a ilość wchłoniętego alkoholu świadczy o statusie osobnika. Dlatego wykładowcy, którzy nie mogą pozwolić, aby im obszczymury wchodziły na głowę, muszą wysoko stawiać poprzeczkę. Prześcigają się więc w sile trunków i szybkości picia. Co prowadzi do zaczerwienienia najpierw policzków, później nosa wielkości dojrzałego kartofla, żeby zakończyć na przemalowaniu całej facjaty na głęboki burgund.
Wtedy właśnie w owym krótkim filmie, powinno dojść do zbliżenia studenckiej twarzy o barwie tango. A potem do oddalenia, żeby pokazać scenę zapładniania sponiewieranej wódką koleżanki z roku w noc sylwestrową. I koło się zamyka.
Tak więc gruba zielona taśma, z którą zaczynamy życie z czasem nabiera nowych kolorów, które przeważnie oscylują gdzieś między krwistą czerwienią a brudnym brązem. Lecz zawsze na końcu, niezależnie od stylu życia, tasiemka ma barwę mokrej gleby. Wykopanej z prostokątnego trzy-metrowego dołu.
Zero 7 – In the waiting line
Zamieszczony w: audio, przerost formy nad treścią | Otagowane: film, burak, wychowawca, wino, alkohol, nauczyciel, wykładowca, twarz, pysk, morda, kolor, barwa
Hmm, najs. Narzekanie na nauczycieli/wykładowców może być jak widać inspirujące. Przy tym fajny klimat, jakby jeszcze zalatuje koralinowym mrokiem.
No i też lubię tę piosenkę.
notka inspirowana? ;> u mnie to wgimnazjum sie nie wstydziło ilosci wypitego alkoholu, w gimnazjum piłam wódkę z nauczycielami na działce koleżanki na mazurach :D dlatgo niemiecki polubiołam i matme i szkolna bibliotekę :D