Ptak na S

Na fali opowieści o zwierzętach arktyczno-oceanicznych oraz pochodów po zadrzewionych, zawiewiórzonych oraz zaskaczkowanych Łazienkach powstała opowieść o ptakach na 19 literę angielskiego alfabetu. Ale nie taka jak wszystkie inne. Nie o Słowiku, który przestraszył się mechanicznego bliźniaka. Nie o Sójce, co się za morze wybierała. Nie o mądrym Szpaku i wymądrzającej się Sowie. Nie o Strusiu, co głowę w piach chował. Także nie o Sroce, co świecidełka zbierała. Ani o Sikorce o której żadnej bajki nawet nie znam.

Opowieść ta traktuje o Skaczce, bardzo skocznej kaczce, która wody do życia nie potrzebowała.

Skaczka przyszła na świat dawno dawno temu w parku Łazienkowskim. Mieszkała na sztucznym jeziorku, które co roku skuwał lód. Jej najlepszymi przyjaciółkami były wiewiórki, które zwinnie skakały z drzewa na drzewo i Skaczka bardzo im tego zazdrościła, lecz mówiły jej inne kaczki z zielonymi głowami – “Skaczko, nie jesteś jakimś gryzoniem, żeby skakać po gałązkach, jesteś dumną kaczką, która z podniesionym dziobem powinna przebierać płetwami w wodzie i cieszyć się z tego, że dobre człowieki karmią ją chlebem.” Lecz biednej kaczuszce to nie wystarczało.Przypominały jej również przypowieść z Kaczej Ewangelii, w której Kaczka Dziwaczka była szalona, opętana przez gryzoniowatego demona, który wyszedł z niej po śmierci cały w kolorze buraków. Lecz Skaczka uważała, że wszyscy są równi i, że nie należy oceniać innych po tym, że nie mają skrzydeł. W końcu wielkie człowieki, które karmiły kaczki chlebem też nie miały skrzydeł. Skaczka była straszną anarchistyczną ateistką.

Pewnego dnia, koło stawiku, w którym Skaczka pływała przechodził duży człowiek z małym człowiekiem o różowej skórze i białej twarzy. Ptaszyna podsłuchała jak maluch spytał się olbrzyma – “Mamo, a po co kaczkom tyle wody? Przecież one całej nie wypiją!”. To trafiło do malutkiego móżdżku przedstawiciela rodziny kaczkowatych jak grom. “Właśnie – pomyślała Skaczka – po co nam tyle wody”.

Usiadła sobie więc kaczuszka pod drzewkiem i zaczęła rozmyślać. Po co my siedzimy w tym stawie? Pawie przecież przechadzają się po uliczkach parku i nigdy nie widziałam, żeby któryś wszedł dalej niż na 50 długości kaczego dzioba do wody. Wiewiórki podchodzą tylko do brzegu rzeki, żeby się napić, a inne latające ptaki zakładają gniazda na drzewach. Po co nam więc woda. Jaja składamy na brzegu, ryb w bajorku naszym nie ma, a nawet gdyby były, to której z nas chciałoby sie je ścigać, skoro ludzie karmią nas wszystkim czym się da. Od dzisiaj będę mieszkać na drzewie. Założę gniazdko i będę mieszkać po sąsiedzku razem z moją przyjaciółką wiewiórką.

Jak wymyśliła tak też zrobiła. Inne kaczki odsunęły się od niej i zaczęły przezywać nową Dziwaczką. Lecz Skaczka nic sobie z tego nie robiła. Kiedy wybudowała gniazdo zaczęło się jej strasznie nudzić, więc wymyśliła prostą rozrywkę. Skakała z gałęzi na ziemię, a kiedy tylko pazurkami dotykała ździebeł trawy, podrywała machała szybko skrzydełkami i wracała do gniazda. Po jakimś czasie Kaczuszka zauważyła, że ludzie się na nią dziwnie patrzą. Bo, wokół jej gniazdka gromadziło się więcej ludzi niż wokół całego stawiku pełnego jej siostrzyczek i braciszków. Bardzo jej to schlebiała, zwłaszcza, że dostawała teraz same smakołyki – ziarenka dyni i słonecznika, a nie tylko rozmokłe kawałki chleba. Była bardzo szczęśliwą kaczką i całe dnie tylko skakała z góry na dół i z powrotem.

Niestety pewnego dnia, trochę dusznego, odrobinę zamglonego i bardzo wilgotnego przydarzył się niemiły wypadek. Skaczka nie zdążyła się odpić od ziemi i spadła na ubitą alejkę bez trawy. Niefortunnie złamała prawą nóżkę. Kaczki jej nie żałowały, gdyż uważały, że to jej się należało. Ułożyły nawet przysłowie “Gdyby Skaczka nie skakała to by nóżki nie złamała”. Ptaszynę z miejsca wypadku wzięły jakieś człowieki i zabrały ją do wielkiego zamkniętego gniazda, które było całe białe jak rozmoczony chleb. Pamiętała, że jakiś człowiek wbił jej coś długiego w kuper i, że zasnęła. Kiedy się obudziła wciąż była w tym strasznym białym miejscu, w którym nie widziała nieba i nie słyszała szumu wody, wiatru, trawy. Była tam bardzo smutna i samotna. W dodatku złamaną nóżkę miała oblepioną czymś przypominającym skamieniały chleb.

Przeleżała w tamtym miejscu całą wieczność. Wokół niej zbierały się białe, zielone i niebieskie człowieki i oglądały ją ze wszystkich stron. Lecz w końcu zdjęli jej ten ciężki chleb z łapki. Dziwne, ale po złamaniu nie pozostał żaden ślad. Nóżka była sprawna jak nigdy. Czyli to wszystko było dla jej dobra, a ten chleb ją uleczył. Skaczka cieszyła się jak małe dziecko, kiedy w końcu wrócili z nią do jej parku. Już nie chciała mieszkać na drzewie. Wróciła do stawu i opowiedziała innym kaczkom swoją historię. Od tamtej pory była kaczą szamanką i wszystko leczyła chlebem – złamania, bóle brzucha, przebarwienia, grzybice stóp. Wszystko okładała chlebem i liczyła że to pomoże. Skaczka nie była dobrą szamanką. Ale za to jaką szczęśliwą.

Koniec.

PS. Jedna z następnych notek będzie traktować o innym ptaku na literę S – Siusiaku!

Air – Sexy boy

Dodaj komentarz