Sennik III

“Long war is now past,
Only good men have lasted,
They need women, meat, beer and rum.”

Korpiklaani – Wooden pints

Cała historia zaczyna się dość enigmatycznie. Marta, Adrian i ja przechadzaliśmy się po moich włościach, w czym towarzyszył nam mój stary kociamber – Dżordż (tak, wiem, głupie imię dla kota). Weszliśmy po schodach na strych, gdzie czekał na nas dźwig z udźwigiem jednej tony. Kiedy Marta go zobaczyła, wpadła na pomysł, żeby za jego pomocą wybudować na moim podwórku Wieżę Babel – tuż obok psiej budy. Pomysł mi się nie spodobał, ale nie miałem nic do gadania. Usiedliśmy na schodach i czekaliśmy na ciężarówkę, która miała przywieźć wszystkie niezbędne materiały. Specjalnie z tej okazji zrobiliśmy z Dolnej ulicę jednokierunkową (a może sama się zrobiła), bramę wjazdową na moje podwórko zastąpiliśmy szlabanem kolejowym, takim samym, jaki matka Roberta postawiła przed skrętem z Dolnej na Radłową. Czekaliśmy aż do wieczora, bo przez cały czas jeździły tylko śmieciarki i inne wozy dostawcze – nasz miał mieć czarny pas wzdłuż drewnianej przyczepy. Nie mogliśmy sobie odejść, ponieważ kierowca nie znał adresu i trzeba było go zatrzymać, kiedy będzie przejeżdżać. Tak więc siedzieliśmy na tych schodach i, od czasu do czasu, któreś z nas podbiegało do płotu, wspinało się nań i sprawdzało, czy ciężarówka już nadjeżdża (nie nadjeżdżała). Kiedy się już zrobiło ciemno, a my wciąż z nadzieją wyczekiwaliśmy dostawcy, podbiegłem do płotu i zobaczyłem tam coś strasznego. Juggernaut podjeżdżał do nasz przyczepą pełną wielkich, drewnianych krzyży. Szlaban, ku mojemu przerażeniu, podniósł się, a monstrum wjeżdżało na podjazd.

Uciekłem tramwajem. Każdy by uciekł. Nie ma znaczenia to, że w mojej okolicy tramwaje nie kursują, bo nie mają po czym, ja siedziałem w jednym z nowszym z nich, na trasie PeSTki, jadącym w kierunku Sobieskiego. Naprzeciw mnie, po lewej stronie siedział mój ojciec, po prawej Natalia (och, jak ja jej nie lubię), natomiast przy mnie siedzieli Ola i Adrian. Ola bliżej serca (nie wiem gdzie zniknęła Marta). Byłem nadal trochę wystraszony i Natalia chciała mnie uspokoić dotykiem (oślizgłym), lecz kiedy tylko mnie dotknęła, odskoczyła do tyłu poparzona (dobrze jej tak). Widocznie w moim ciele odzywał się duch Gino. Ola też mnie dotknęła, lecz nie uderzył jej ogień. Stwierdziła tylko, że jestem strasznie gorący. Tata sprawdził mi gorączkę dotykając czoła i powiedział, że nic mi nie jest. Ciekawe doświadczenie

Zwłaszcza, że zamiast w tramwaju, siedziałem w samolocie pasażerskim. Niedużym, na około sto pięćdziesiąt osób. Wylądowaliśmy nim na płaskim dachu mojego byłego liceum. Tylko, że zazwyczaj ta szkoła nie jest tak duża, żeby pomieścić samolot, a dach jest definitywnie nie-płaski. No i nie przypomina tak wyglądem “Szkołę dla Utalentowanej Młodzieży” Profesora X. W środku jednak wszystko wyglądało tak jak zawsze. Tylko sale były mniejsze niż zazwyczaj. Przy pokoju numer 9 lub 09 stała cała moja klasa z liceum oraz kilka osób z gimnazjum (Natalia, Eliza i dwóch Bartków). Próbowali się wcisnąć do zajętej już sali, przypominającej salki piwniczne. nie wiem czemu, ale byłem przekonany, że za oknem jest wielki, przykościelny park na Wichrowych wzgórzach, w którym kiedyś zdawałem egzamin z angielskiego i nie mogłem sobie przypomnieć jak nazywa się pszczoła. Trochę się bałem podchodzić do tej grupy, gdyż tak długo się nie widzieliśmy, że nie wiedziałem jak zareagują. Czy będą pytać dlaczego nie ukończyłem liceum… Na szczęście zareagowali normalnie. I dziwnie miło. Wtedy z sali wyszła wychowawczyni – Sylwia P..

A ja razem z kuzynem staliśmy na jednym z pięter szóstego wieżowca na jednym z ratajskich osiedli obserwując wielką dziurę w ziemi, która miała się przemienić w wieżowiec, co przypomniało mi o planach budowy Wieży Babel przez Martę. Zupełnie jednak zapomniałem o krzyżach Juggernauta. Wróciłem.

Stanąłem na czele armii konnych. No właściwie nie armii, bo ulica na której mieszkam jest na to zbyt wąska, zwłaszcza, że stała na niej niebieska lawet z numerem telefonicznym sieci taksówkowej. Na moich włościach nie było już mechanicznej bestii, tylko brodacz w zbroi płytowej z kwiatem swojego rycerstwa. Honor nakazywał mi odbić co moje, poszedłem więc aby załatwić sprawę dyplomatycznie. Jednak przeciwnik, który po chwili stał się moim wrogiem nie chciał rozmawiać, co przekazał mi wysyłając na mnie taran niesiony przez waleta i damę karo, przyodzianych w kolczugi. Byli to najlepsi wojownicy okupanta, jednak udało mi sie uniknąć ataku, zaś obsługa maszyny oblężniczej, która pobiegła dalej, została rozgromiona przez moich żołnierzy. Skoro przeciwnik nie chciała pokojowego rozwiązania to zostanie wyniesiony na tarczy – zdecydowałem. Wydałem rozkaz moim ludziom, żeby ruszyli i zmiażdżyli wroga. Ani drgnęli. Powtórzyłem rozkaz.

Nic się nie stało. Odwróciłem sie do swojego wojska, żeby sprawdzić co ich zatrzymuje. Był to młody i ambitny kapłan. Zbuntował oddział przeciwko mnie – cudem. Twierdził, że to Bóg dał mu moc, i że to on powinien zostać dowódcą w tej batalii. Pokazał moim ludziom dużą wersję deskorolki do jeżdżenia po bezdrożach, taką z dużymi kołami. Szarobrązową. Odwrócił ją na plecy – tam była zielona i wciąż mogła jeździć. Moi ludzie jeszcze nigdy nie widzieli wozu, który odwrócony potrafiłby się poruszać, uznali to za dar boży, uważali bowiem, że ręka człowiecza nie potrafiłaby stworzyć takiego dzieła. Jednak ja, wojownik i inżynier, wiedziałem jak to działa, lecz wiedziałem też, że tłumacząc to żołnierzom, nic nie wskóram. Dla nich to nadal będzie cud. Dlatego musiałem zwrócić się do ich wiary, nie do rozumu. Podszedłem do deski i odwróciłem ją na szarą stronę. Powiedziałem, że Bóg nigdy nie stworzyłby tak szpetnej rzeczy. Kapłan przewrócił ją na drugą stronę i rzekł – “Czyż ta część jest brzydka? Tamta strona wozu jest człowiecza, a Bóg umożliwił jeżdżenie na tym wozie po obu stronach, co oznaczył zieloną barwą drewna.” Na to czekałem. “To jest tylko zielona farba. Gdyby było to dzieło Boże, byłoby pięknie. To jest dzieło diabła!”

Zadziałało. Żołnierze od razu ruszyli do boju, a ja na ich czele. Dopadłem wrogiego dowódcę i przerzuciłem go przez ramię, jak mnie uczyli na treningach Mu Sa Do. Jego ciężka zbroja wzmocniła efekt uderzenia o beton, przez co prosty rzut doprowadził do zmiażdżenia jego klatki piersiowej. Powiedziałem wtedy to, co w takim momencie mówi się w filmach – “Byłeś wielkim wojownikiem”. On jeszcze ostatkiem sił powiedział mi swoje ostatnie życzenie. Pewnie coś w stylu “Powiedz mojej żonie i dzieciom, że bardzo ich kocham”, ale niestety nie usłyszałem, bo jestem trochę głuchawy. Więc bez spełnienia ostatniej woli konającego obudziłem się.

PS. Piosenka na koniec została okraszona najśmieszniejszym metalowym teledyskiem świata. Miłej zabawy.

Korpiklaani – Wooden pints

Odpowiedzi: 2

  1. Śliczna jest ta piosenka! :D

  2. masz dziwne sny, ja też bym takie chciała :)

Dodaj komentarz