Co prawda do ślubu mam jeszcze trochę czasu, choć pierścionek prezaręczynowy już został wręczony (i przynajmniej on nie został zgubiony przez pewną modą damę), ale jednak trzeba by zastanowić sie co będzie po ślubie.
Oczywiście zacznijmy od rzeczy najważniejszych – po ślubie będzie seks. Jak Pan Bóg przykazał, w pozycji misjonarskiej. Choć przecież kościół zabrania misjonarzom współżycia. Ale jak to Cejrowski opisywał – misjonarze w Ameryce południowej są bardzo nietypowi. Niektórzy, nazwani przez niego “Łowcami chrztów”, jedzą to samo co Dzicy – węże, leśne ssaki, jaszczurki, inni odprawiają msze w tych strojach co tubylcy – nago. Więc może niektórzy rozmnażają się, żeby mieć kogo chrzcić. To by miało sens. Własne dziecko łatwiej ochrzcić niż cudze.
Co jeszcze po ślubie… Będzie zaakceptowanie oficjalne przez rodzinę. Zwłaszcza ortodoksyjne babcie, nierzadko będące wiernymi słuchaczkami Radia M… z ks. Tadeuszem R. Co prawda gorzej, kiedy katolicka rodzina musi zaakceptować agnostyka, przez co msza łącząca dwoje ludzi (bo msza musi się odbyć – tak w końcu chce narzeczona) nie wygląda tak idealnie, jak wyglądać powinna, i wszystkie kobiety w kościele wylewają odrobinę mniej łez niż zazwyczaj przy takich uroczystościach. Zastanawia mnie też dlaczego, do świętej Pochwy, kobiety się tak na ślubach rozklejają. Nikt nie umiera, nikomu nie dzieje się krzywda. A jeśli to płacz szczęścia to z jakiego powodu? Przecież to tylko zwykła formalność – takie związanie metaforycznym węzłem małżeńskim. Nawet przy narodzinach nowego dziecka nie ma tyle płaczek, mimo, że to chwila bardziej wyniosła. Chyba tylko pogrzeby dorównują ślubom w ilości beczących bab, ale tam przynajmniej jest powód.
<Tutaj następuje przerwa na zlinczowanie autora słów, które zmniejszają wagę tak ważnej uroczystości>
Co jeszcze jest po ślubie? Zeznania majątkowe małżonków, mniejsza ilość papierkowej roboty w jednym resorcie, więcej roboty w drugim. Jest też nowe nazwisko. Albo nowy człon. Jak kto woli. Oczywiście od strony męża, choć nie wiadomo po co. Kiedyś to miało związek z respektem wśród innych rodzin. Nazwisko nie tylko było sposobem rozpoznawania rodzin, ale także marką. Bezosobową firmą, której udziały na giełdzie socjologicznej były zależne od posiadanego majątku i od sławy. Dziś nazwisko straciło na wadze i tylko dla genealogów ma jakąkolwiek wartość.
Po ślubie dostaje się jeszcze zdjęcia. Oczywiście z ceremonii. Mnóstwo prezentów, zabawę weselną, której nikt nie pamięta, gdyż nasza krajowa Wódka leje sie strumieniami, a mózgotrzepiąca kapela wiejska gra największe przeboje disco polo. Co w połączeniu daje zabawę do samego rana biesiadników i wstręt pana młodego, który wolałby, żeby na jego weselu było mniej “bułgarskie centrum chujozy” a bardziej “stan haelucynogenny“. Zaś po weselu nie chciałbym ani “filozofii małżeńskiej” ani “cygańskiego zajebu“, a bardziej “odpocznijmy“.
Są także odpowiednie do + plusów – minusy. Bo równowaga w przyrodzie musi być. Ale o tym może opowie film, który dostałem od Gochy .
Gry małżeńskie
Zamieszczony w: przerost formy nad treścią, video | Otagowane: agnostycyzm, disco polo, dziedziczenie, film, genealogia, gry, kościół, lincz, małżeństwo, misjonarz, muzyka, nazwisko, panna, pochwa, pogrzeb, pozycje, radio, seks, wesele, wiara, łzy, ślub
śliczny prepierścionek :)
Wcale nie musi być disco polo – to raz.
Z tego co widziałam mężczyźni płaczą równie często przy tej okazji. Albo, co gorsza, nerwowo się śmieją: “I obiecuję Ci… hihihi, miłość, hehe, wierność huhu i uczciwość hahaha małżeńską…” ;P
Co do misjonarzy, to przypomniało mi się rozwarzanie tej kwestii przez Almodovara. Że misjonarze gwałcą (a gwałci się zapewne najlepiej w pozycji misjonarskiej). Ale nie, nie wszyscy są gwałcicielami. Niektórzy to pedofile. ;)
Roz-wa-ża-nie, od rozwaGa przez ż.
Żeby nie było: po ślubie mogą być też stare nazwiska. Jedyny punkt zapalny to to, że trzeba podać jakie nazwisko będą nosiły po ślubie dzieci. Wiadomo zaś od zawsze, że wojny o dzieci, to są wojny najbardziej krwawe i najbardziej zażarte :)
Punkt pierwszy. Koniecznie przed! :P
Urzekła mnie teoria płodzenia, żeby mieć kogo chrzcić. To ma sens.
Jesteś mężczyzną, więc nie pojmujesz, na czym polega płacz ze szczęścia. Obejrzyj ” Harry’ego i Hendersonów” albo “Misia Kuleczkę”, rozklej się nad nimi i wtedy zobaczysz, o co chodzi ;]
Nie, bo dziewczyna twierdzi, że i tak już za dużo płaczę. :)
To jesteśemo czy nie jesteś – oto jest pytanie.