Sennik II
“Forma, odlew, wlana konsystencja.
Tego esencja. Potężna turbulencja.
Jakaś pretensja? No cóż… Reklamację złóż.
Kwintesencja mózgu burz. Już rusz
się, ruszyły tryba. Tuż tuż - kolejny produkt”
Paktofonika - Mechaniczna pomarańcza
Sen jest bardziej wczorajszy niż dzisiejszy, ale publikuję go teraz, bo jestem cholernie zabieganym człowiekiem i nie zawsze znajduję czas, żeby dokonać wpisu na kochaniutkim blogu. Tfu.
Znów w moim śnie została poruszona kwestia kina. Tym razem kupiliśmy, (a może wygraliśmy? nie pamiętam) bilety jakiś siakiś film. W sensie ja z Olą. Albo Ola ze mną. Mimo, ze mieliśmy cztery wejściówki. Oczywiście, bo jakżeby inaczej, na seans się spóźniliśmy i na salę wchodziliśmy w stresie. Zajęliśmy miejsca po prawej stronie, jeśli patrzeć w stronę ekranu, w drugim rzędzie. Nie wiem czemu akurat tam, bo prawie całą sala kinowa była pusta. Prawie, bo niektóre miejsca były zajęte przez ludzi z mojej klasy w gimnazjum i ludzi całkowicie obcych. Przed wejściem do kina, albo w kinowym sklepiku kupiliśmy żelki. Chyba. Już nie pamiętam. Zapomnieliśmy jednak o napojach, więc Ola, która chciała odwiedzić przy okazji toaletę, poszła kupić coś do picia.
Kiedy tylko wstała z miejsca, jakaś dziewczyna z tylnego rzędu, przyłożyła mi biust do twarzy (nie, nie myślę tylko o jednym). Nie wiem po co i dlaczego. Piersi miała bardzo małe, takie prawie nieistniejące, mniejsze od moich, a w dodatku całe w rudych piegach. Lecz jakoś mnie to nie obchodziło. Ani mnie t nie ziębiło, ani grzało. Ale byłem strasznie spragniony, więc krzyknąłem do Oli, będącej już przy wyjściu, żeby mi kupiła sok. Ona się odwróciła w moją stronę i zszokowana widokiem mininibypiersi piersi przy mojej twarzy szybko wróciła na miejsce, żeby ochrzanić mnie za to, że ją zdradzam, po czym jakby nigdy nic poszła po napoje.
Patrycja, wydaje mi się, że tak miała na imię ta dziewczyna z tylnego rzędu, choć sama się nie przedstawiała, a ja jej nie znałem, wciąż próbowała mnie zaatakować swoim biustem, lecz teraz już ją od siebie odpychałem, aż w końcu zrezygnowała. Ola w końcu wróciła z moim sokiem i swoją Coca-Colą. Na sali wtedy z jakiegoś powodu panował straszliwy chaos. Wszyscy chcieli film, a ten wciąż poprzedzał się reklamami. Spojrzałem więc na zegarek w komórce i okazało się, że powinno się już zacząć czterdzieści pięć minut wcześniej, lecz nic nie zapowiadało tego, że to nastąpi. Nagle do sali wpadła animatorka i spytała się od ilu minut film powinien lecieć. Niedoinformowana jakaś. No to jej powiedziałem, że już czterdzieści pięć minut czekamy. Ona się chyba zdenerwowała i pobiegła na tyły sali, otwarła grafitowe drzwi, których wcześniej nie było i wlazła do środka, zamykając je za sobą, tak, że od razu się zlały ze ściana o tym samym kolorze. W końcu reklamy zniknęły, a fotele zaczęły się podnosić do idealnych pozycji do oglądania,lecz ja w tym właśnie momencie musiałem iść do toalety. Powiedziałem Oli, że muszę, bo od kiedy weszliśmy do kina mnie ciśnie. W tym samym momencie animatorka wyszła ze ściany i kiedy schodziła po schodach, przypomniała sobie o czymś i wróciła do salki za grafitowymi drzwiami. Kiedy wyszedłem na korytarz kinowy światło zgasło.
*******************
Stałem w korytarzu kina, ubarwionego na cytrusowe kolory (żółcie, zielenie, pomarańcze), przed salą kinową numer sześć lub osiem. Nie pamiętam. Nie wiedziałem gdzie jest toaleta, co zmusiło mnie do jej poszukiwania. Przeszedłem koło kinowego barku, następnie przez krótki tunel, a potem wzdłuż barierki, lub łańcucha, aż znalazłem się przed drzwiami z namalowanym ludzikiem w sukience. “Pewnie damska” - pomyślałem. Tuż obok były identyczne drzwi, więc te drugie to toaleta męska. Takie logiczne myślenie. Lecz tu, jak sie okazało, na drzwiach również stał człowieczek w sukience. Tylko większej i żółtej, przypominającej wycinek z kręgu sera. Nad drzwiami był napis “Pizza” lub “Cheese” - niestety wypadło mi z głowy. W każdym razie nie była to męska toaleta. Odwróciłem się więc i wzdłuż barierki, i przez tunelik, wróciłem do poprzedniego pomieszczenia, gdzie po lewej stronie, naprzeciwko barku, były drzwi z ludzikiem bez sukienki. Stanąłem przed drzwiami.
*******************
Niestety moja zawodna pamięć nów dała o sobie znać, płatając mi figle. Stałem już nie pod męską toaletą, lecz pod drzwiami z dziewczynką w serowej sukience. Wszedłem do środka. Tutaj już nie było tak cytrusowo, ale jakby… serowo. Wszędzie żółcie, pomarańcze i czerwienie. Bez koloru zielonego. Szkoda. Nie było tu też tak cicho jak w korytarzu kina. Co chwilę coś dzwoniło, wyła syrena, piszczał jakiś klakson. O dziwo - te kakofonie wciąż mnie nie obudziły. No i dobrze. Byłem w serowym parku rozrywki.
Pewnie w tym parku było mnóstwo atrakcji, ale ja widziałem tylko jedną z nich,. Tę, do której zostałem zaciągnięty przez niewidzialne siły.Była to zabawa konkursowa, czy coś w tym stylu. Chodziło w niej o to, żeby za pomocą myszy komputerowej łapać rozmieszczone po planszy rzeczy. Wygrywał ten, który zrobił to w krótszym czasie. Wydało mi się to dziecinnie proste, lecz takim nie było, bo myszka mi się zacinała i szybko zostałem w tyle za innymi, niewidzialnymi dla mnie, graczami. Ale nie poddawałem się i wciąż zbierałem cytrusy (cytryny, pomarańcze, limonki, grejpfruty, mandarynki), aż w końcu złapałem wystarczającą ilość, żeby wygrać grę. Jednak jej nie wygrałem.
Przetransportowano mnie do czegoś w rodzaju piaskownicy bez piasku (takie dziwne skojarzenie), wypełnionej ogromnym balsamem w tubce (z wyciągiem z jakiegoś owocu cytrusowego), olbrzymim plastrem limonki i jeszcze jakimiś innymi rzeczami (był tam chyba także grejpfrut wielkości piłki). Nie wiedziałem co z tym zrobić, więc wziąłem się za to, co mi przyszło do głowy - wyciskania. Złożyłem więc zielony, soczysty plaster i naciskałem mocno, żeby wypełnić tę pseudo-piaskownicę sokiem. Potem wziąłem się do tej dużej tuby i wycisnąłem z niej całą zawartość, lecz wtedy ktoś do mnie podszedł. Ja się już zabierałem do miażdżenia kolejnej rzeczy, ale wokół mnie już było kilka osób krzyczących. Że niby co ja tu robię. No to ja im powiedziałem, że wyciskam. Ale oni nie dawali za wygraną i wciąż “Co ty tu robisz?”, aż w końcu zorientowałem się, że przecież jestem w innej drużynie i zamiast owoców, powinienem zbierać sery. Lecz niestety czas już minął i wygrała trzyosobowa drużyna, która wyciskała coś w klatce. Dostałem jednak nagrodę pocieszenia w czarno-srebrnej torbie - jakieś perfumy z zielonej butelce, bon na jednego drinka w kinowym pubie, oraz reklamę Coca-Coli ZERO.
*******************
Z tymi nagrodami wróciłem do sali, w której powinien już od dawna lecieć film. Tylko, że jeszcze nie leciał. Zająłem miejsce obok Oli, która teraz siedziała zupełnie gdzie indziej niż poprzednio. Zaraz po tym jak usiadłem (wciąż jeszcze się nie napiłem tego soku, więc byłem strasznie spragniony), przyszłą animatorka i powiedziała, że ma dla nas konkurs na basenie, w którym właśnie siedzieliśmy. Basen był ładny, biało-niebieski, a wszędzie stały zielone palmy.
Ta zabawa konkursowa zaproponowana przez animatorkę przypominała trochę harcerską zabawę w gwałt. Ja byłem celem, a Ola i ta Patrycja od małego biustu miały mnie pocałować. Jeśli pocałuje mnie moje dziewczę to wygram diament, jeśli natomiast pierwsza będzie ta druga dziewczyna to świecidełko stanie się jej własnością. Żeby trochę sobie ułatwić, przesunąłem się w stronę Oli, jednak ona tego nie zauważyła i pobiegła tam, gdzie stałem przedtem. Na szczęście szybko się zreflektowała i dobiegła do mnie całując mnie w policzek. Tylko, że Patrycja gdzieś zniknęła. Szukaliśmy jej przez chwilę i udało sie nam ją znaleźć za filarem, gdzie sidziała skulona i płakała. “Czemu płaczesz?” spytała Ola. Patrycja odpowiedziała, że nie chce psuć naszego związku i dlatego nie wzięła udziału w konkursie.
*******************
Tutaj znów zawisła czarna dziura pamięci, bo wiem, że na basenie coś jeszcze się działo, tylko, że zupełnie nie wiem co. A ja, tym razem już bez Oli i Patrycji, siedziałem w sali kinowej, gdzie wychowawczyni Sylwia P. rozdawała świadectwa całej klasie z gimnazjum, w tym te z czerwonym paskiem, które należały się osobom, które wygrały konkursy w kinie - czyli mnie i tej trójce, która mnie pokonała w serowym parku rozrywki. Niestety spóźniłem się na wręczenie mi dyplomu. Podszedłem więc, kiedy nauczycielka przyjmowała osoby ze zwolnieniami lekarskimi i sobie mój czerwony pasek wziąłem.
*******************
I już siedziałem w tramwajo-pociągu, razem z jakimś chłopakiem (chyba moim przyjacielem) i dwoma starszymi paniami. Miałem na sobie mokre badejki z pływalni. Ściągnąłem je, żeby ubrać się w coś suchego, a babcie zaczęły chichotać i piszczeć jak nastolatki na widok nagiego faceta. W końcu się urałem, kiedy do przedziału wpadła jakaś Marta czy Martyna, którą widziałem na oczy raz czy dwa razy w życiu. Niosła duży kieliszek zwężający się ku dołowi, z Kultową Kurwą Wędrowniczką z kulką waniliowych lub śmietankowych lodów. Dopiero teraz mi sie przypomniało, że nie wykorzystałem tego wygranego bonu na drink w kinie. A wciąż chciało mi się pić.
Obudziłem się.
Paktofonika - Mechaniczna pomarańcza
Tagi: basen, Coca-cola, cytrusy, diament, drzwi, gimnazjum, kino, Kurwy wędrowniczki, piersi, pociąg, pragnienie, sen, ser, toaleta, tramwaj, świadectwo
maj 11, 2008 @ 2:33 pm
co ty palisz przed snem ;)
ej, gdybym zobaczyła jakiegoś małobiustowca tulącego się do Ciebie to wydrapałabym jej pewnie wtedy oczy, a z Tobą też zrobiłabym porządek… i na pewno nie poszłabym po napoje.
maj 11, 2008 @ 2:34 pm
Musisz długo spać, że Ci się tyle rzeczy śni. ;P
Najlepsze: harcerskie zabawy, minipiersi i serowa sukienka. Mniami! :P
maj 11, 2008 @ 2:38 pm
To mi się przyśniło między 9 a 11, bo zrobiłem sobie drzemkę, żeby odpocząć od całonocnego snu. ;)
maj 11, 2008 @ 5:23 pm
Jak Ty to spamiętałeś?! :D
maj 11, 2008 @ 5:48 pm
Ja już nic z tego nie pamiętam.
Ale kiedy zasypia się z myślą “jak mi się oś przyśni to to zapiszę”, z zeszytem i długopisem obok łóżka to się da. Bo zaraz po przebudzeniu człowiek pamięta więcej szczegółów, zwłaszcza, jeśli cały sen sobie zacznie przypominać.
No, przynajmniej u mnie działa. ;)