Sennik

“To jest jak koszmar, a w nim pełno poczwar,
Ktoś mnie tu porwał i nie chce mnie oddać.
Jakby potwór wszedł w moją głowę
I przepołowił ją na połowę.

Rymoplastykon feat. Mona – Obudź mnie

Chciałem pojechać do mojej kuzynki. No właściwie to nie chciałem, ale mimo to jechałem. Razem z mamą, Olą i Grzesiem. Pędziliśmy samochodem przez pola i lasy, jak to zwykle bywa po drodze do Manieczek (będących swego czasu siedzibą i własnością Józefa Wybickiego). Z naprzeciwka nic nie jechało, po naszej stronie jezdni w sumie też nic poza nami, ale to całkiem dobrze, bo jechaliśmy lewym pasem ruchu, co nawet w tym śnie było zakazane. Nagle wpadliśmy w portal przestrzenny, gdzie trzysta kilometrów zmienia się w pięćdziesiąt metrów. I tak – w miejscu, w którym normalnie było tylko łyse pole, pojawił się stary młyn z wiatrakiem, cały czarny zgniły, spróchniały, nadjedzony przez szkodniki i skrzywdzony wieloma kataklizmami, przypominający stracha na wróble, pojawiły się wysokie białe elektrownie wiatrowe, również w postaci wiatraków, tylko, że wyglądające na całkowicie nowe, natomiast całe polne siano zmieniło się w łąkę holenderskich tulipanów, takich, które według niektórych, byłyby niezłą ozdobą leju po bombie, której celem miałoby być starcie Poznania z powierzchni ziemi. To, co się jednak nie zmieniło to dwa kawałki lasu, jeden przy drodze, a drugi za polem pokrytym wiatrakami oraz stare chaty i spichlerze, które były bliskim rodzeństwem zniszczonego młyna bez jednej łopaty wiatraka.

Nagle stało się coś jeszcze dziwniejszego. Z naszego samochodu wybiegła dziewczyna, której wcześniej w nim nie było, i pobiegła w stronę pola, lecz zamiast pędzić przez tulipany, zatrzymała się w przydrożnym rowie, który, jak po chwili zauważyłem, wypełniony był ropą naftową, nic dziwnego więc, że kiedy stanęła pośrodku rzeczki nafty, zniknęła w płomieniach, po tym jak doszło do jej samospalenia, takiego jakie miało miejsce w „Roku diabła”. Strumień ropy stanął w dzikich płomieniach. Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie.

**********

Weszliśmy do kina – Ola, Radziu oraz ja. Bilety zostały przez mnie zamówione już wcześniej, żebyśmy mogli w spokoju wejść i nie martwić się o miejsca, tak że kiedy podeszliśmy do kasy, miły ekspedient podał nam zarezerwowane bilety, na których postawił czerwone pieczątki z moim imieniem i nazwiskiem. Jeśli chodzi o wystrój kina, to czułem się w nim trochę tak, jakbym ciągle przeżywał déjà vu, jakby Matrix wciąż mieszał w naszym świecie. Ale jakoś mnie to całkiem nie obchodziło, bo po co mam się zastanawiać nad budynkiem. W końcu po co ja tu przyszedłem – do kina, czy na film? No więc kiedy odeszliśmy od kasy, wziąłem Olę oraz Radzia za ręce i po sprawdzeniu naszych biletów przez zmęczonego życiem biletera wkroczyliśmy na salę kinową. Film już się rozpoczął. Znaleźliśmy swoje miejsca w ostatnim rzędzie na brzegu po lewej (jeśli patrzyło się od strony ekranu) lub po prawej stronie (jeśli patrzyło się w stronę ekranu), ale tutaj spotkała nas niemiła niespodzianka. Ktoś nasze miejsca już zajmował. No więc podszedłem i powiedziałem, że to nasze miejsca i żeby się wynosili (oczywiście grzecznym i uniżonym tonem), ale pan zajmujący mój fotel stwierdził, że ich miejsca też są zajęte i, że mogę tamtych wyrzucić, to wtedy zamienimy się miejscami. Na co ja rzuciłem mu prosto w twarz, że mnie to nie obchodzi gdzie on będzie siedzieć, bo ja razem ze znajomymi chcemy już oglądać „Piłę V” (która już właściwie jakiś czas leciała – zaczęła się pokazaniem żywego człowieka przypominającego zwęglone zwłoki, który był przykuty łańcuchami do wysokiego krzesła), a on mi odrzuca, że NIE. No to zagadałem do biletera, który stał metr ode mnie i mu mówię co i jak. Poprosił mnie o bilet i zaraz kiedy mu go wręczyłem, wydarł się na mnie, że co ja sobie myślę, że to oszustwo drukować bilety, że mam ciekawy program, który wypisuje na wydrukach moje imię i nazwisko. I krzyknął na mnie, żebym się wynosił. No to to już mnie całkowicie zdenerwowało. Jak to? Przecież sam mi podbijał bilet i sam mi go wręczał. No wkurwiłem się po prostu. Chwyciłem najbliższy fotel i rozwaliłem go o ścianę, potem następny, który razem w popcornem i napojem (pewnie Coca-Colą) rzuciłem w salę, ale jakby nikt tego nie zauważył. Oglądali film, na którym jakiś nastolatek się śmiał z dowcipu. Usiadłem na chwilę na oparciu fotela, Radziu zajął swoje miejsce, bo akurat było wolne, Ola poszła do toalety damskiej z różową hipopotamicą na drzwiach. No, ale kiedy tylko wróciła z toalety, wziąłem ją i zaprowadziłem na dół. Chciałem wyjść z tego kina, ale Ola zatrzymała mnie, pokazując wolne miejsca w pierwszym rzędzie. No, skoro chciała zostać to się zgodziłem, choć wciąż byłem zdenerwowany i tylko co jakiś czas zerkałem na ekran. Przez większość czasu przyglądałem się kobietom, w tym jednej czarnoskórej w żółtym płaszczu. Cały czas o czymś rozmawiały stojąc przede mną. Mówiły coś o przepowiedni, proroku, samochodach bestiach, zmutowanych dziewczynach, grzybach i miejscu w ministerstwie. Nie bardzo rozumiałem o co im chodzi. Co jednak działo się na ekranie? Otóż po chwili pomyślałem, ze to jakaś parodia Piły, bo pojawiła się Fiona (ta ze „Shreka”) w ramce z serduszek, potem ta kukiełka Pana Piły na rowerku, później jakaś scena, której nie widziałem, ale po której cała sala zaczęła buczeć a kilka osób zwymiotowało. Dużo zaczęło się też podnosić z krzeseł i wychodzić, a kiedy odwróciłem wzrok pokazany był tylko zakrwawiony skalpel na szaroczarnym tle. Ostatnie co pamiętam to narodziny dziewczynki, która później wyszła ze studni i podeszła do rowu wypełnionego naftą – spaliła się, a cała kałuża roby stanęła w płomieniach. Wszystko działo się w zwolnionym tempie.

**********

I nagle ludzie oszaleli, zaczęli wybiegać z kina, walczyć ze sobą. Nie mogłem znaleźć Radzia, więc tylko pociągnąłem Olę za sobą i wyciągnąłem ją na zewnątrz. Zewnętrze wyglądało jak Poznań, ale po chwili doszedłem do tego, że jestem w Gnieźnie. Co więcej – jestem tam sam i jestem kobietą, bardzo podobną do mojej mamy i mieszkam na Różanym Potoku. Wyszedłem właśnie z lasu, za przejazdem kolejowym i ruszyłem ulicą Umultowską, na której po prawej stronie stało mnóstwo wraków, leżało dużo śmieci i opuszczonych budek z jedzeniem oraz kiosków, po lewej stronie natomiast było wielkie bagno z karłowatymi, czarnymi drzewkami. Nie pamiętam co się wtedy stało, ale uświadomiłem sobie (a może uświadomiłam), że ktoś mnie goni, jakiś przystojniak, a ja chcę jak najszybciej uciec.

Biegnę i biegnę, uciekam, a do tamtego faceta, do którego dołączają się coraz to nowsi ludzie, chcący mnie zabić. Wśród nich poznaję wszystkich – każdy z nich był wtedy na seansie „Piły V”. Krzyczą do mnie „czarownica”, „bezbożnica”. A ja uciekam alejkami, uprawiam le parkour skacząc po centrum handlowym. Kątem oka zauważam, że niektórzy ludzie, Ci, co siedzieli najbliżej ekranu, zamieniają się w krwiożercze bestie podobne do potworów w Harrogath z Diablo, tylko, że z odpowiednio większymi szczękami. Nagle, w jednej z wąskich uliczek, zauważyłam ogrodnika, który przycinał żywopłot, dość wysoki, żeby się za nim ukryć. Nie myśląc dużo przeskoczyłem ogrodzenie i schowałem się. Usłyszałam za sobą, że ludzie i monstra pobiegli dalej, więc się wyprostowałam i chciałam podziękować ogrodnikowi za schronienie, ale ten miał twarz, jak ożywiony trup – bladą, bez tęczówek i źrenic i zanim się spostrzegłam z ziemi wyrósł echinops z Wiedźmina i próbował mi odgryźć głowę. Nie zastanawiając się nad sytuacją, odepchnęłam krwiożerczy kwiat od siebie, rzuciłam się na ożywieńca i wyleciałam z ogrodu. Ale ten przystojniak, goniący mnie wcześniej, zauważył co robię, więc wsiadł do swojego monster trucka i ruszył z piskiem opon w moją stronę. Na szczęścia samochód był duży, więc mogłam lawirować między wąskimi uliczkami zostawiając go w tyle i przypominając sobie gdzie mieszkam, pobiegłam tam, słysząc za sobą non-stop ryczącą auto-bestię. Na szczęściu udało mi się przebiec Umultowską, całkowicie zaśmieconą., zagraconą i pokrytą wrakami starych samochodów i dobiegłam do swojego domu mieszczącego się obok nowego, ceglanego kościoła z zaokrąglonymi rogami. I kiedy tylko podjechał do mnie pan w wielkim samochodzie, wcisnęłam czerwony, pulsujący przycisk i otwarły się wszystkie drzwi garażowe, z których po kolei wyjeżdżały samochody – scena wyglądała podobnie do tej z „Szybkich i Wściekłych”. Mateusz (nie wiedziałam kto to taki, ale czułam się tak jakby był mną) wsiadł w wielką, zmutowaną limuzynę, żyjącą własnym życiem, pokrytą grzybami i mutagenami – coś pomiędzy Wyspą Sheogaratha w Oblivionie, a gildią Simic w MtG. Ta potwora zaryczała na monster trucka przeciwnika i starła się w nim w boju. A ja sama zaczęłam znów uciekać, mając nadzieję, że nikt mnie nie zobaczy w tym rozgardiaszu.

Uciekałam i uciekałam, mijając grupę kobiet, którą widziałam wtedy w kinie (choć wiedziałam, że mnie wtedy w kinie nie było), które znów o czymś rozmawiały, ale kiedy tylko przebiegałam kolo nich, rzuciły się na mnie i złapały. Już myślałam, ze jest po mnie, ale one stwierdziły, ze chcą mi pomóc, abym nie rzucała się w oczy, bo one chcą przejąć jej stanowisko transportu w ministerstwie i otworzyć z powrotem wszystkie fabryki samochodów w tym mieście. Prowadziły mnie ulicą, pokazują, że wszystko zostało zniszczone, opuszczone, a cała wina spoczywa na tym filmie oraz na tym, że fabryki samochodowe nie działają. Prowadziły mnie tak i opowiadały, opowiadały i prowadziły. Spytałam się dlaczego oni chcą mnie zabić, a one nie. Na co murzynka (prawdopodobnie szefowa) odpowiedziała mi, że to wina tego, że spłodziłam mutanta, bo uprawiałam seks sama ze sobą. Moja córka była potworem, podobnym do ghula chorującego na haryypotterową groszopryszczkę. W końcu doszłyśmy do granicy lasu, na pole na którym stały elektrownie wiatrowe i szczerzący się ubytkami młyn, kiedy jakieś monstrum rzuciło się na kobiety. Poznałam w tym potworze moją córkę, chwyciłam ją za rękę i pobiegłam w stronę rowu wypełnionego jakimś gęstym czarnym płynem (choć sama nie wiedziałam po co), gdzie nagle poczułam ciepło i zobaczyłam pasek ognia odchodzący od nas, po czym uświadomiłam sobie, że to my jesteśmy tym ogniem i tak długo jak znajdziemy coś palnego możemy się przemieszczać w tym samym tempie co pożar lasu. Poczułam się jakby wszystko działo się w zwolnionym tempie.

Rymoplastykon feat. Mona – Obudź mnie

Odpowiedzi: 5

  1. to i tak wydaje mi się normalniejsze, niż gilotyna co nogi ścina…

  2. Do snów to pamięć masz. :) Bardzo, bardzo fajnie się czytało.

    Moja diagnoza: za dużo czeskich filmów. ;P

  3. Sam się sobie dziwię, że tak dobrze go zapamiętałem.

  4. Sny to jest wielka rzecz. Mnie się przecież wyśnił mój dowcip o śledzikach, a to jest wielka rzecz! :D

  5. Ty chcesz zarabiać swoimi snowaniami. Więc to bardzo wielka rzecz. ;)

Dodaj komentarz