Pierwszy kwiat cz.1

“Delikatny wiatr wpadł przez okno
I siadł mi na kartce,
Dotknął w palce,
Pachniał emocją
Z dziecięcych lat,
A ja tak mocno
Poczułem strach, jak w walce.
Już nie widzę gwiazd. Słyszę kosmos.”
Pijani Powietrzem – Zmysły, emocje

Tak jak zwykle. Dzień, świt, szara luminescencja poranka. Ale to nie był zwykły dzień, nie znienawidzona środa, lecz wolny od zajęć piątek. Piątek magiczny i przenajszczęśliwszy. Ten dzień bowiem miał być początkiem czegoś większego, szaleńczego i dość przyjemnego. Tak przynajmniej mi się wydaje, a kilka innych osobistości, które odwiedziło miasto seksu i biznesu może moje słowa potwierdzić, powiedzieć “co?”, powiedzieć “jak?” oraz “dlaczego?”, bo, niestety, moja szwankująca pamięć już zasłużyła na emeryturę, dlatego też nie mogę wypisać wszystkich wspaniałości tych trzech, niecałych, dni. Lecz postaram się wypisać jak najwięcej. Dla dobra świata i ku chwale gołębi rynkowych.

Więc przenieśmy się tunelem czasoprzestrzennym do dworca piątkowego, na którym, również czasoprzestrzennie, który miał 15 minut opóźnienia przyjechał bez niego i na inny peron. Magia, albo fizyka – nazywajcie to jak chcecie. Ja wiem jedno, to co się działo było kwestią koegzystencji istot z dwóch różnych światów w jednym miejscu, co doprowadziło do zdarzeń nieprzewidzianych, spontanicznych i całkowicie irracjonalnych, a jednocześnie przyjemnych i miłych. Tak się bawi, tak sie bawi…

Właściwie to o czym wspominałem wcześniej, te szaleństwa i zabawy i przyjemności to dopiero wstęp da całości wykwintnego spotkania. Bo kiedy dwa ciała, na peronie numer 2, zetknęły się ze sobą – ziemia zadrżała, trawa przestałą rosnąć, słońce przestało świecić, Egipt dostał déjà vu starożytnych egipskich plag, oceany wyparowały i skropliły się nagle, upadły mocarstwa, a inne powstały, tornada wymknęły sie spod motylich skrzydeł, na świecie zapanował pokój i harmonia, na odległej planecie powstało życie, a Tenacious D po raz drugi zagrali najlepszą piosenkę na świecie. Oczywiście całość trwała kilka sekund i nikt niczego nie zauważył, za co dziękuję niniejszym Matce Naturze, bo w innym przypadku ktoś mógłby to wykorzystać w niecnym celu, mimo, że wszystko wróciło do normy, kiedy ciała się od siebie oddzieliły.

A kiedy już się oddzieliły, ruszyły w stronę bliżej nieokreśloną, połknięte przez autobusową bestię (Później bestia nas wypluła i połknęła nas inna, która znów się nas pozbyła ze swoich trzewi, ale o tym nie będę wspominać, bo jeszcze komuś mogłoby wpaść do głowy, że jesteśmy nieapetyczni, co jest oczywistą nieprawdą, bo jesteśmy apetyczni jak jasna cholera. Proponowano nam okładkę i rozkładówkę Playboya, ale nie chcemy, żeby cały świat padł u naszych stóp.). Doszliśmy więc do domu, z którego po jakimś czasie wyszliśmy, by dotrzeć do [b]demonicznego goliowcy z Poznania[/b], gdzie zostawiłem Owcę samopas na popas, do której później wróciłem z piękną różą. Tak piękną, że tylko Owca ją pod tym względem przewyższała. Ba, trzeba napomnieć o tym, że dziewczyna stała sie jeszcze ładniejsza po tym, kiedy goliowca zakręciła złociste loczki na główce małej dziewczynki. Całość dopełniał jeszcze perlisty uśmiech słodkiej panienki. Ale dość rozpływania się, bo zaraz się rozmarzę, rozmażę i skończę pisać, z głową w barankowych chmurach. A więc dalej doszło do tego, że jeszcze milsza się Owca zrobiła po tym, kiedy dostała żółwiowe kolczyki. Zielony prezent dla ciepłych uszek. W tym momencie była już chyba w siódmym niebie.

> Tutaj następuje przerwa, podczas której wracamy z Olą do domu, gdzie nie dzieje się nic, co można by tu napisać, więc oszczędzę tego czytelnikom. [>>] <

Następnie znów porwani przez autobus, a następnie przez tramwaj, dotarliśmy na miejsce pewnego spotkania, które całkowicie odmieniło ten weekend. Spotkaliśmy bowiem niejakiego Grzesia (Grzesiu, YO!), co Ola skwitowała głośnym “Grzesiuuuuuuuu!” oraz rzuceniem sie na szyję nieboraka. Ta scena powtarzała się w przyszłości jeszcze wielokrotnie, co wykreślamy z protokołu spotkania, żeby (“Grzesiuuuuuuuuuu!“) nie wprowadzać nadmiernej monotonii. Tak więc (“Grześ…– cięcie) razem z Grzesiem (vel. Bejbe Latino) udaliśmy się na Gloggowską, odwiedzić parkę żyjącą w stanie wysokiego stresu, bo jedno się uczy, a drugie odchudza, ale oni są twardzi, więc dadzą radę. Biedaczki.

A więc po zakwaterowaniu Grzesia, ochrzczonego przez Olę Grzesławem, ruszyliśmy na koncert Polskiej Republiki Ludowej, gdzie później dołączył do nas Michał (pan uczyuczyuczyuczy się). Zabawa była oczywiście przednia, lecz nie będę tu tworzyć recenzji, bo nie jestem osobą do tego stworzoną, jako, że koncertuję dość rzadko, a tamte zespoły słyszałem na żywo pierwszy, może drugi raz. Ale było wybitnie fajnie. A jak! Skakaliśmy, szaleliśmy, szukaliśmy afro Grzesia w tłumie, pociliśmy się i przyjmowaliśmy na siebie zimne salwy wody gazowanej oraz razy z łokci i glanów. Przy okazji przyglądaliśmy sie konkursowi “kto więcej razy uderzy skina”, w którym wygrał niewątpliwie niejaki pan Rudy. Ahoj.

A kiedy już byliśmy zmachani, zmęczeni i wypucowani, oraz mokrzy od potu swojego, cudzego oraz wody mineralnej, koncert się skończył, co przyjęliśmy ze świeżym powietrzem w płucach i drobnym stresem, ponieważ Grześ nic sobie nie robił z tego, że przez 3 godziny skakał pod sceną i jakby nigdy nic biegał sobie po ulicy, niby koń rączy. Tak, jasne, konik był od czasu do czasu zaganiany przez Owcę, ale niestety, dziewczyna nie miała tyle siły, żeby dogonić galopującego rumaka, uskakującego zwinnie i lekko, jakby był w pełni wypoczęty. Pozostali my, czyli wszyscy poza Grzesiem, marzyliśmy tylko o jednym – zimnym napoju, żeby ukoić nasze gorące od zmęczenia ciałka.

No więc poszliśmy piechotą do Brogansu, gdzie spotkaliśmy kolejne postaci tej bajki, lecz zabawiliśmy w środku dość krótko, bo właściwie dwie partie bilarda i po jednym piwie. Pożegnawszy się więc z Michałem i Grzegorzem pojechaliśmy do domu

> Scena domowa znów zostaje wycięta, gdyż prawdopodobnie nie jest interesująca dla przeciętnego czytelnika [>>] <

C.D.N.

The Cinematic Orchestra – Channel 1 suite

Dodaj komentarz