“Świat nie kończy się na firmamencie,
nie krąży tylko po najwyższych piętrach.
Nie liczy się nic,
liczą się przyspieszone tętna.”
happysad – Hymn
Para – buch
Koła w ruch
I zaczęło się. Po poranku spędzonym na teorii piwowarskiej, niepraktycznej, bo zupełnie niezaspakajającej kubków smakowych i podniebień pod niebem, po informacjach wódkowo-spirytusowych, zupełnie zbędnych, bo przecież i tak jedyne co ognista woda może robić w swoim marnym żywocie, jest lizanie stóp Absinthe, Zielonej Wróżce, po tym, kiedy człowiek się dowiaduje, że wiecha owsa ma na imię Wiesław oraz po taszczeniu za sobą niepotrzebnego bagażu doświadczeń, zasiadłem w kręgosłupie moralnym pociągu ciągnącego za sobą wagony ku Warszawie, płonącej Warszafce.
Podróż upływała spokojnie, upojnie i szybko, z nosem robiącym za zakładkę do książki. Aż w końcu dojechałem na miejsce upstrzone pomarańczowymi latarniami, zasnute ciemnymi chmurami, powiązane szarymi ulicami, ozdobione pięknymi kobie… Ozdobione dwoma kobietami, z których jedna ma status własności osobistej, lecz raczej nie z tych złotoklatkowych, a tych uwięzionych między ramionami. Lecz mimo wszystko z większą dozą wolności, bo czymże są trzy dni niewolnictwa przy trzech tygodniach wolności. Miasto jednak, jak miasto, ale to co mnie spotkało na dworcu, raczej brzydkim i mogącym być porównanym z minotaurzym labiryntem, było czymś, czego mi brakowało przez długie tygodnie – było uśmiechem, który nawet to miejsce zbudowane z betonu i brudu potrafi rozświetlić i zaróżowić. Silny uśmiech, silny i wspaniały i uroczy ii…
Wyglądasz właśnie tak jakbym Cię znał.
I nic nie mówisz, nie dotykasz, tylko pachniesz…
Potem nadszedł błysk, szybki, zwiewny, natychmiastowy, bo z tym uśmiechem czas leci jak zwariowany na łeb i na szyję. I nawet nicnierobienie nie powoduje zwolnienia szarżującej klepsydry. Po błysku przyszła pani gothka w długiej, czarnej sukni, z tłem mrocznym i płomienistym, pokazała mi się z profilu, po czym mi się oddała. Podziękowałem więc z uśmiechem na ustach i teraz w towarzystwie dwóch kobiet spędzałem czas, który w międzyczasie ani na gram, ani na metr, ani wolt, amper, litr, om czy bajt, nie zwolnił. Tylko ciągnął mnie za sobą, do domu, przez ponad 300 kilometrów i łzy w liczbie mnogiej. Lecz, póki co, odpierałem atak i upierałem się przy zostaniu.
Błysk. Kino. Miejsce, gdzie poznaje się nowych ludzi i ciekawą kinematografię. Od mężczyzn, małych i niepozornych, porzucających patriotyzm dla kobiet i pieniędzy, przez mężczyzn dziwnych, lubujących się w dziewczynach, które lubują się w psach, które lubują si… nieważne w czym, po mężczyzn milczących, spalających się w samych sobie, pijących alkohol i oddających się ziemi, aby przez bramę Dartha przejść do wszechświata B. Takie czarne msze.
I tutaj takie krótkie wyjście z tematu, by pogrążyć się w rozważaniach filmowych. Drogie dzieci – nie pijcie herbatek grzybowych, jeżeli nie jesteście pewni, czy ktoś was nie asekuruje i czy jest to na pewno herbatka z tych grzybów, które chcielibyście mieć w swoim wywarze. Oczywiście dla wielu halucynacje po wchłonięciu w siebie mikstury z czerwonego muchomora jest przeżyciem ciekawym, jednak należy uważać, bo może się źle skończyć. Drodzy rodzice – jeśli uważacie, że wiecie co jest najlepsze dla waszego dziecka to się srogo mylicie i zanim zabierzecie się za wychowywanie pociech, skontaktujcie się z lekarzem lub farmaceutą, żeby potem nie obudzić się z ręką w nocniku, z jednym dzieckiem będącym transwestytą, drugim dzieckiem będącym mordercą i trzecim, gustującym w ludzkim mięsie.
Koniec krótkiego wyjścia z tematu. A więc powrót do szarej rzeczywistości, w której wiatr wieje od wschodu, śnieg z deszczem padają z góry, a metro uruchamiają godzinę później niż powinno się metro otwierać, co nie jest dobrym początkiem dnia, ale mimo wszystko dzień minął nadzwyczaj wspaniale. Bo jak może być inaczej, kiedy przychodzi pan złamana ręka, a ręka niezłamana, w dodatku moja osobista, przyjmuje postać iksa-z-paszczęką, który przy okazji, niczym nowotwór, dał przerzut na twarz, przez co stałem się człowiekiem-iksem-z-paszczęką. I jestem z tego dumny.
Gdzieś tam też w środku dnia, ludzie wzięli i ruszyli dupska (po zjedzeniu uprzednio hardkorowych pierogów) i ruszyli przez miejskie pola i betonowe lasy, aby dotrzeć nad rzekę, nielegalnie popijając (lub posączając, jak w moim przypadku) piwo, a później do księgarnio-czytelnio-kawiarni, gdzie można spotkać małe Jasie ubóstwiające dudy, oraz z mądrością i wyobraźnią przekraczające normy dorosłego człowieka, choć jak sie pomyśli, to człowiek dochodzi do wniosku, że za młodu też taki był. A takie Jasie, lub jak w tym przypadku jeden Jaś, lubią być przyjmowane pod swe opiekuńcze skrzydła przez kochane Owce, mające słabość do malutkich uroczych dzieciaczków Biorą je więc pod opiekę, opowiadając o wszystkim i o niczym, o muzeum, dudach, muzyce i bitwach czy Słowianach. Takie są te kochane dziewczyny-uśmiechy.
Błysk. I przyszedł dzień ostatni, sąd ostateczny i czas jakby tylko przemknął nie dając w zamian żadnych zapisków w głowie, jedynie te o sprzątaniu, oporządzaniu się i wychodzeniu, a w następstwie o opuszczaniu Warszawy. I tutaj nie trzeba pisać, że było wspaniale i fantastycznie i w ogóle. Nie trzeba nic pisać, bo to rozumie się samo przez się. Tak samo jak to, że takie weekendy mogłyby trwać całą wieczność i nigdy by się nie znudziły. Tylko pewnie osoby użyczające podłogi dostałyby szału, gdyby miały na głowie taką parę papużek. Dlateg, póki co, przerwy są niezbędne. Ale to tylko chwilowa niedogodność, bo w końcu wszystko będzie takie jakie być powinno. O!
Muzykoterapia – Winobranie
Zamieszczony w: przerost formy nad treścią, video | Otagowane: czas, Czechy, dzieci, gothka, kino, niewolnica, pociąg, rośliny, uśmiech, warszawa
Styl pisania zadziwiająco świetny do czytania, bo akurat takich nie lubię :D
Przyjmne, miłe. Podoba mi się!
Osoby użyczające podłogi nie dostałyby szału. Osoby użyczające podłogi (naiwnie?) liczą na przyszłe współlokatorstwo i wieczysty związek Poznania i Warszawy. Z każdym takim weekendem bardziej i bardziej lubiąc Gości.
Tak cudownie normalnie się w Waszym towarzystwie czuję. :)
Współlokatorstwo jak najbardziej tak. Tylko pytanie: gdzie? :P
Jak to gdzie? W domu, małej posiadłości pod miastem z wielkim ogrodem pełnym tajemnic wypełnionym śmiechem gromadki pstrokatych główek, nibypoważnymi rozmowami nibypoważnych nibydorosłych, słońcem i radością. No i z własną jaskinią! koniecznie ;)
no i nie zapomnijmy o uśmiechu. dzięki wam się uśmiecham! dziękuję :)
PS> Dziękuję za doręczycielstwo! :)