2D

“Są dni, kiedy włóczę sie po targu,
Są dni, kiedy idę tam jak w letargu,
Są artykuły pierwszej niepotrzeby
I są dziewczyny przyjezdne z biedy.”

NieBoNie - Sfjetłana

To są dni magiczne i komiczne. Gdzie między niedojedzonym śniadaniem a koncertem, którego nie ma, pojawiają się uśmiechy i Fruitelle.

Cała historia zaczyna się w wigilię Ogólnopolskiego Święta Feministek, kiedy człowiek ma większą ochotę na piwo i spotkanie starych mord i twarzyczek, niezależnie od tego jakby nie były chore. Pucu, pucu, myju myju, Warszawiak dostał po ryju. No dobra, nie dostał, ale mi się zrymowało, a poezja ważniejsza od faktycznego stanu rzeczy w istości.

No więc miał to być zwykły wieczór w pubie, jednym z tych, gdzie wystrój nie przeszkadza, gdzie muzyka pieści uszy, a piwo jest dobre na dziurawą studencką kieszeń i na żołądek, który nienawidzi chrzczonego moczu. Ale, spontanicznie, plany uległy zmianie, poprawie, chciałoby się rzec, na lepsze - bo z pubu zrobiła się kawiarnia, a z piwa - czekolada. I to nie byle jaka czekolada, ale jedna z tych, które nie tylko pieszczą kubki smakowe, ale w dodatku je rozleniwiają, w efekcie tworząc na podniebieniu mały raj. I tak właśnie chwile przy zastawie dwubiegunowej, bo z jednej strony bardzo ładnej, a z drugiej - trochę staroświeckiej, babcinie komunistycznej.

Potem nadszedł czas próby i wędrowania po mieście w celu bez celu, gdzie przy napatoczeniu się sklepu, osobnicy dwaj w postaci niemej i mej osoby, zaczęli rzucać pieniądzem na prawo i lewo, na artykuły pierwszej niepotrzeby i na alkohole tworzące wrażenie zakrzywiania czaso-przestrzeni między szyjką butelki, a kubkami smakowymi otwierającymi się, jak kwiaty na wiosnę, przed wspaniale nowym doświadczeniem smakowym. Ale nie czas na zabawy z achronologią, która i tak wdarła się w tekst, niby kornik wżerający się w spróchniałe drwo. Więc po wypiciu czekolady niealkoholizowanej, poszło się do sklepu, co różowy jest i złoty i w ogóle taki trochę lachoński. Ale sklep ten przyniósł zwykłym wyjadaczom chleba i rodzynek z sernika wiele rudości i radości z zakupów przedmiotów nibyminizwyczajnych, a jednak ciekawych. Ale to dopiero następnego dnia, bo dnia powszedniego, wigilijnego to jednak było tylko spotkanie z osobą chorą i bladą, a przez to strasznie inteligentną (z pozoru, który znikał razem z pierwszym wypowiedzianym słowem).

A więc następnie nastąpiło, co następuje: Poszło się z zakupionym piwem i oczywiście chrupkiem w ilości trochę większej niż jednej, ale na pewno niepoliczalnej według standardów ISO. I tak się siedziało i rozmawiało i piło do godziny 0-300, czy jakoś tak koło tego.

Gdzieś między ciszą a ciszą dzień się zmienił na taki bardziej świąteczny. To znaczy zmieniła się noc i doba, ale kogo to obchodzi!? Pewnie tylko tych, którzy formy co najmniej niużytkowe dostali w tym tekście w ilosći przynajmniej zatrważającej, a co za tym idzie średnio zrozumiałej. Ale mniejsza o to, a koń im stare lizał. Nastała kolejna doba i sen…

Kiedy sen się skończył, to kroki moje i nie tylko, bo także wycieczek różnych, zostały skierowane na rynek. A o 12 dwa kozły ofiarne na szczycie ratusza zaczęły się czerepami uderzać asymetrycznie, nieskonfigurowanie i niezsynchronizowanie. I wszyscy wpadali w śmiech, kiedy te dwa symbole Poznania stały w tym ciepłym i pochmurnym dniu na szczycie wieży pod zegarem i robiły za pajace dla publiczki. Aż się chciało krzyczeć z sadystycznym uśmiechem - “nie musicie liczyć, będzie dwanaście!”. No i właściwie dzień się równie szybko zaczął co skończył, bo potoczył się jak z górki z prędkością odwrotnie proporcjonalnej do konia idącego pod górkę w czasie śnieżycy. Więc po obejrzeniu spektaklu codziennego i skonfigurowanego niczym dwunastnica, ruszyło się po prezenty z okazji dnia kobiet - balony, kubki, ***, ***, tajemnice, ***, gumy do żucia, które w dalszej części roznosiło się samym zainteresowanym - rudym potworom schorowanym oraz toaletowym dresiarom.

Dzień jednak się wciąż nie skończył - w lodówce chłodzi się piwo, fajka wodna moze jeszcze wyda z siebie ostatnie tchnienie, a dzień, tak miło rozpoczęty już wczoraj, zostanie uwieńczony we wspaniałym stylu. Taką mam nadzieję. A głupi ma zawsze szczęście.

Bonobo - The plug

Tagi: , , , , , , ,

Odpowiedzi: 3 do “2D”

  1. Mag mówi:

    Nie wyobrażam sobie Dnia Kobiet bez rajtuz, rajstop i raju. :)

  2. Julia mówi:

    Podniebienie to rzeczywiśnie fajne słowo.
    Niech się święci!

  3. ola mówi:

    tajemnice, cholibka no …. ;p

Napisz odpowiedź