Ale może raczej należałoby powiedzieć, że naczelną, podstawową męką jest nie co innego, tylko cierpienie, zrodzone z ograniczenia drugim człowiekiem, z tego, że się dusimy i dławimy w ciasnym, wąskim, sztywnym wyobrażeniu o nas drugiego człowieka.
Tak, skoro wszyscy piszą i mówią o panu Michaelu Jacksonie to nie mogę pozostać gorszym i wtrącę kilka żółtych groszaków od siebie. Wszyscy wszystkimi, ale dużą rolę w dzisiejszej i po części wczorajszej imprezie odegrali Biała Skóra Michaela, Odpadający Nos Michaela oraz Fallus Michaela. Jedna z uczestniczek pijańskiej zabawy stwierdziła nawet, że “na balu przebierańców przebrał” a “bym się za fallusa”, cytując bardziej Afrojaxa niż samą zainteresowaną.
Stwierdziliśmy nawet zgodnie, że Michael Jackson dołączy do grona zasłużonych i cenionych jako wiecznie żywy. Będzie siedzieć przy jednym brydżowym stole obok Elvisa Presleya (który będzie mu wypominać, że nie podoba mu się to, że rozwiódł się z jego córeczką), 2Paca Shakura (który będzie mu wypominać, że zmienił kolor skóry), oraz Lenina (który będzie mu wypominać, że wspierał imperialistyczną machinę rozrywkową).
Choć w sumie to może nawet ten cały Jackson teraz nie umarł? Może stało się to już jakiś czas temu. W końcu, jak prawdziwemu szanującemu się zombie (pozdrowienia dla Czesia od zespołu przerostu formy nad treścią), odpadały mu różne części ciała, skóra przybrała trupiobladą barwę, a w ogóle to wysysał energię życiową z małych dzieci jak wampir (skądinąd też trup). Więc jest duża szansa, że Michaela nie straciliśmy teraz, lecz kilkanaście lat temu.
A nawet jeśli nie to i tak Jackson się tak szybko nie rozpadnie. Ba, krążą pogłoski, że jak każdy święty, będzie leżał, leżał, leżał, a jego ciało nie zacznie rozkładać się nigdy. I w dodatku zacznie pachnieć jak fiołki. Albo lawenda. I wówczas wszyscy fani tego czarno-białego chłopca, wespół z Madonną i Britney Spears, będą wykrzykiwać wniebogłosy – Santo Subito.
PS. Napisane o godzinie 05:15 po imprezie, więc nie karzcie mnie za to co tu napisałem.
Było sobie argentyńsko-polskie tango z dresiarzami, kurwami, alfonsami, śmiercią, miłością, bogiem, poezją, przekleństwami, rysowanymi przez dzieci kredą bramkami, gitarami, śpiewakami, mimami i kiepskimi twarzy mimikami. Było sobie argentyńsko-polskie tango z ludźmi, studentami, magicznym deszczem, letnim chłodem, chłodnym wiatrem, kamieniczkami, neonami i wizualizacjami na prześcieradłach i ścianach domów. Było sobie argentyńsko-polskie tango z Marią płaczącą krwawymi łzami i Marią kurwiącą się za pieniądze. Było sobie argentyńsko-polskie tango opowiadające o przemianach i przeciwieństwach – o kurewstwie i świętości, o śmierci i cyrku, o muzyce bez słów, o uczuciach i z uczuciami, o uśmiechu i żalu. Było sobie argentyńsko-polskie tango przynoszące taniec i cierpienie i było sobie drugie, milczące. Było sobie argentyńsko-polskie w portowej spelunie, grane przez biednych grajków, dla których zarobek wyższy jest niż sztuka. Było sobie kiedyś krótkie, przerywane, argentyńsko-polskie tango…
PS. Mateuszowi gratulujemy 100 pięćdziesiątej notki.
Nie, nie założyłem sobie Twittera. Choć może kiedyś mi się zdarzyło i po jakimś czasie znudziło, co jest, w moim przypadku, bardzo możliwe. Tak jak wcześniej było z Gronem, Myspacem czy Facebookiem. Nie, nie założyłem sobie nic nowego, a po prostu chciałem coś zamieścić w formie “tweeta”. Ale jak zwykle nie wyszło i wypaliłem więcej niż sto40 znaków.
Chciałem się tylko pochwalić moją wiedzą z zakresu ploteczek o niejakim Marylinie Mansonie, bowiem dowiedziałem się, że ten niezbyt seksowny pan jest uzależniony od żelków, a po koncercie zażyczył sobie łysą, bezzębną prostytutkę. Ciekawe ile płacił, bo gdyby było to 15 tysięcy + koszt wyrobienia protezy + dożywotni zapas żelu do protez Corega to mógłbym się nawet skusić. Tak, jestem tani i zdesperowany. No i potrzebuję piętnastu tysięcy PeeLeNów.
PS. Gdybym zarobił tę kasę od Pana Wielka Kontrowersja to kupiłbym sobie zwierzaczka widocznego na obrazku u góry.
PS2. Wciąż nie mam pracy, dlatego zespół przerostu formy nad treścią prosi cię: wspomóż biedaka!
Jestem Ignac K., znany wśród menelskiej braci jako Gnojarz, choć w sumie nie wiem skąd to się wzięło, bo tylko raz, po narąbaniu się Spermą Szatana, zesrałem się w gacie. Na szczęście tego samego dnia znalazłem na śmietniku całkiem niezłą parę purpurowych spodni od dresu, tylko odrobinę podziurawioną i z pociętą nogawką, ale kto by się przejmował takimi drobiazgami, jeżeli za darmo może chodzić w spodniach Abibasa.
Menelem zostałem z przypadku. Byłem młodym, dobrze zapowiadającym się studentem polonistyki i miałem zamiar uczyć w szkole dzieci jak ładnie pisać w ich rodzimym języku. Niestety lęk w szkołach przed pedofilami narastał tego czasu, więc zatrudniano same nauczycielki, a mężczyzn, takich jak ja, odrzucano z kwitkiem. Nie miałem jak zarobić na jedzenie, gdyż przez pięć lat mojego życia zajmowałem się jedynie nauką, a nie, jak większość moich rówieśników, imprezowaniem. Z kieszeni znikały ostatnie grosze, nie starczało mi na opłacenie mieszkania, a rodzice twierdzili, że powinienem się sam utrzymywać, więc i oni nie poratowali mnie w czarnej godzinie nawet połową bułki.
Powoli staczałem się na dno, zamieszkałem na przytulnej ulicy na Żoliborzu, niedaleko domu Lecha K.. Tutaj przygotowywałem się do prawdziwego życia menela. Zasmakowałem w tanich, czerwonych winach oraz denaturacie. Nauczyłem się polować na gołębie, dzięki czemu przeżyłem w tym strasznym świecie.
Od czasu do czasu, kiedy czułem na mnie spojrzenia ludzi, którzy gapili się na mnie jak na krowie gówno, jeździłem na gapę komunikacją miejska do lasu. Las w ogóle odegrał w moim życiu ważną rolę. To właśnie tu spotkała mnie wspaniała historia, dzięki której życie nabrało większego sensu. W lesie znalazłem bowiem Schulza, węża, który poznał we mnie sprzymierzeńca w tych trudnych czasach i warunkach. Od tamtej pory byliśmy nierozłączni. Ja i mój druh, Schulz.
Niestety, historia wiele razy pokazała, że los mi nie sprzyja. Ba, aura mojego pecha wpływała również na mojego zwierzaka. Pewnej nocy, po przeprowadzce na Ursynów, kiedy wysypiałem się na chodniku, mój, niczego nie świadomy druh, został zmiażdżony przez konia jakichś dzieciaków ze szkółki jeździeckiej. Zrobiło mi się strasznie smutno. Wypiłem litra, albo trzy, już nie pamiętam. Siedziałem taki osowiały, że nawet nie zauważyłem, kiedy podeszło do mnie to kochane stworzenie. Był mały, o brudnej, białej, skundlonej sierści. Piękny francuski pudel. Gdyby nie on, pewnie wypiłbym cały swój kilkunastolitrowy zapas wódy. Pokochałem go od pierwszego spojrzenia i na cześć mojego byłego najlepszego przyjaciela nazwałem pieska Schulz.
Mijał czas w szarej miejskiej dżungli, a mieszkanie w jednym miejscu zaczęło mnie nudzić. Postanowiłem trochę popodróżować po Warszawie. Kilka razy musiałem uciekać przed kanarami, ale wyszło mi to na pewno na zdrowie. Odwiedziłem kilka dzielnic, spacerowałem tu i tam, lecz ostatecznie wróciłem na Ursynów i tu osiadłem. Nauczyłem się, że w pobliżu lasu kabackiego można wykopać ziemniaki, a w samym lesie można je upiec przy stanowiskach do rozpalania ognisk. Czasem turyści rzucą coś do jedzenia, kiedy cię wiedzą. Pudel wzbudza współczucie.
To znaczy wzbudzał. Pewnej nocy, kiedy leżałem sobie spokojnie w parku, ogrzewając się ciepłem z żarzącego się jeszcze ogniska, wyskoczył na mnie i Schulza cocker spaniel. Widziałem głód i rządzę mordu w jego oczach. Byłem słaby, bo od kilku dni nic nie jadłem, ani nic nie piłem, wiedziałem, że mnie zaatakuje i skończy się moje życie warszawskiego menela. Lecz tak się nie stało, Schulz, mój wierny towarzysz i przyjaciel rzucił się na głodnego zwierzaka, ale cóż powiedzieć, pudel to pudel, padł od pierwszego kłapnięcia zębami przeciwnika. Ale uratował mi życie. Cocker spaniel, zaraz po uczcie z pudla, do której również, z głodu, się dołączyłem, przytulił się do mnie i polizał swoim szorstkim językiem po twarzy. Uratował mi życie, gdyby nie on umarłbym z głodu i nie wpadłbym na pomysł zjedzenia własnego zwierzaka. Tak właśnie Schulz, bo tak nazwałem mojego nowego psiaka, został moim kolejnym zwierzęcym przyjacielem.
Dzisiaj, po raz kolejny, miałem zmienić się w Grabaża i rzucić jakimś cytatem o lesbijskim seksie z pluszowymi misiami-terrorystami, ale po kilkukrotnym przeczytaniu fragmentu, stwierdziłem, że jest to nie aż tak śmieszne, jak na początku. Lecz co ważniejsze, miałem przestać być blogowym Marilynem Mansonem, wykorzystującym cudze dokonania. Tak więc z tej idei zrezygnowałem, a zamiast tego pochwalę się, że poszedłem zagłosować w wyborach powszechnych. Jestem wzorowym obywatelem Rzeczypospolitej Polskiej oraz Unii Europejskiej.
TAK! JESTEM
EUROPEJCZYKIEM!
Artur Andrus – Agroturystyczno-ekologiczna ballada dziadowska o urokach i niebezpieczeństwach wakacyjnego wypoczynku