Sennik II

maj 11, 2008 by Mat

“Forma, odlew, wlana konsystencja.
Tego esencja. Potężna turbulencja.
Jakaś pretensja? No cóż… Reklamację złóż.
Kwintesencja mózgu burz. Już rusz
się, ruszyły tryba. Tuż tuż - kolejny produkt”

Paktofonika - Mechaniczna pomarańcza

Sen jest bardziej wczorajszy niż dzisiejszy, ale publikuję go teraz, bo jestem cholernie zabieganym człowiekiem i nie zawsze znajduję czas, żeby dokonać wpisu na kochaniutkim blogu. Tfu.

Znów w moim śnie została poruszona kwestia kina. Tym razem kupiliśmy, (a może wygraliśmy? nie pamiętam) bilety jakiś siakiś film. W sensie ja z Olą. Albo Ola ze mną. Mimo, ze mieliśmy cztery wejściówki. Oczywiście, bo jakżeby inaczej, na seans się spóźniliśmy i na salę wchodziliśmy w stresie. Zajęliśmy miejsca po prawej stronie, jeśli patrzeć w stronę ekranu, w drugim rzędzie. Nie wiem czemu akurat tam, bo prawie całą sala kinowa była pusta. Prawie, bo niektóre miejsca były zajęte przez ludzi z mojej klasy w gimnazjum i ludzi całkowicie obcych. Przed wejściem do kina, albo w kinowym sklepiku kupiliśmy żelki. Chyba. Już nie pamiętam. Zapomnieliśmy jednak o napojach, więc Ola, która chciała odwiedzić przy okazji toaletę, poszła kupić coś do picia.

Kiedy tylko wstała z miejsca, jakaś dziewczyna z tylnego rzędu, przyłożyła mi biust do twarzy (nie, nie myślę tylko o jednym). Nie wiem po co i dlaczego. Piersi miała bardzo małe, takie prawie nieistniejące, mniejsze od moich, a w dodatku całe w rudych piegach. Lecz jakoś mnie to nie obchodziło. Ani mnie t nie ziębiło, ani grzało. Ale byłem strasznie spragniony, więc krzyknąłem do Oli, będącej już przy wyjściu, żeby mi kupiła sok. Ona się odwróciła w moją stronę i zszokowana widokiem mininibypiersi piersi przy mojej twarzy szybko wróciła na miejsce, żeby ochrzanić mnie za to, że ją zdradzam, po czym jakby nigdy nic poszła po napoje.

Patrycja, wydaje mi się, że tak miała na imię ta dziewczyna z tylnego rzędu, choć sama się nie przedstawiała, a ja jej nie znałem, wciąż próbowała mnie zaatakować swoim biustem, lecz teraz już ją od siebie odpychałem, aż w końcu zrezygnowała. Ola w końcu wróciła z moim sokiem i swoją Coca-Colą. Na sali wtedy z jakiegoś powodu panował straszliwy chaos. Wszyscy chcieli film, a ten wciąż poprzedzał się reklamami. Spojrzałem więc na zegarek w komórce i okazało się, że powinno się już zacząć czterdzieści pięć minut wcześniej, lecz nic nie zapowiadało tego, że to nastąpi. Nagle do sali wpadła animatorka i spytała się od ilu minut film powinien lecieć. Niedoinformowana jakaś. No to jej powiedziałem, że już czterdzieści pięć minut czekamy. Ona się chyba zdenerwowała i pobiegła na tyły sali, otwarła grafitowe drzwi, których wcześniej nie było i wlazła do środka, zamykając je za sobą, tak, że od razu się zlały ze ściana o tym samym kolorze. W końcu reklamy zniknęły, a fotele zaczęły się podnosić do idealnych pozycji do oglądania,lecz ja w tym właśnie momencie musiałem iść do toalety. Powiedziałem Oli, że muszę, bo od kiedy weszliśmy do kina mnie ciśnie. W tym samym momencie animatorka wyszła ze ściany i kiedy schodziła po schodach, przypomniała sobie o czymś i wróciła do salki za grafitowymi drzwiami. Kiedy wyszedłem na korytarz kinowy światło zgasło.

*******************

Stałem w korytarzu kina, ubarwionego na cytrusowe kolory (żółcie, zielenie, pomarańcze), przed salą kinową numer sześć lub osiem. Nie pamiętam. Nie wiedziałem gdzie jest toaleta, co zmusiło mnie do jej poszukiwania. Przeszedłem koło kinowego barku, następnie przez krótki tunel, a potem wzdłuż barierki, lub łańcucha, aż znalazłem się przed drzwiami z namalowanym ludzikiem w sukience. “Pewnie damska” - pomyślałem. Tuż obok były identyczne drzwi, więc te drugie to toaleta męska. Takie logiczne myślenie. Lecz tu, jak sie okazało, na drzwiach również stał człowieczek w sukience. Tylko większej i żółtej, przypominającej wycinek z kręgu sera. Nad drzwiami był napis “Pizza” lub “Cheese” - niestety wypadło mi z głowy. W każdym razie nie była to męska toaleta. Odwróciłem się więc i wzdłuż barierki, i przez tunelik, wróciłem do poprzedniego pomieszczenia, gdzie po lewej stronie, naprzeciwko barku, były drzwi z ludzikiem bez sukienki. Stanąłem przed drzwiami.

*******************

Niestety moja zawodna pamięć nów dała o sobie znać, płatając mi figle. Stałem już nie pod męską toaletą, lecz pod drzwiami z dziewczynką w serowej sukience. Wszedłem do środka. Tutaj już nie było tak cytrusowo, ale jakby… serowo. Wszędzie żółcie, pomarańcze i czerwienie. Bez koloru zielonego. Szkoda. Nie było tu też tak cicho jak w korytarzu kina. Co chwilę coś dzwoniło, wyła syrena, piszczał jakiś klakson. O dziwo - te kakofonie wciąż mnie nie obudziły. No i dobrze. Byłem w serowym parku rozrywki.

Pewnie w tym parku było mnóstwo atrakcji, ale ja widziałem tylko jedną z nich,. Tę, do której zostałem zaciągnięty przez niewidzialne siły.Była to zabawa konkursowa, czy coś w tym stylu. Chodziło w niej o to, żeby za pomocą myszy komputerowej łapać rozmieszczone po planszy rzeczy. Wygrywał ten, który zrobił to w krótszym czasie. Wydało mi się to dziecinnie proste, lecz takim nie było, bo myszka mi się zacinała i szybko zostałem w tyle za innymi, niewidzialnymi dla mnie, graczami. Ale nie poddawałem się i wciąż zbierałem cytrusy (cytryny, pomarańcze, limonki, grejpfruty, mandarynki), aż w końcu złapałem wystarczającą ilość, żeby wygrać grę. Jednak jej nie wygrałem.

Przetransportowano mnie do czegoś w rodzaju piaskownicy bez piasku (takie dziwne skojarzenie), wypełnionej ogromnym balsamem w tubce (z wyciągiem z jakiegoś owocu cytrusowego), olbrzymim plastrem limonki i jeszcze jakimiś innymi rzeczami (był tam chyba także grejpfrut wielkości piłki). Nie wiedziałem co z tym zrobić, więc wziąłem się za to, co mi przyszło do głowy - wyciskania. Złożyłem więc zielony, soczysty plaster i naciskałem mocno, żeby wypełnić tę pseudo-piaskownicę sokiem. Potem wziąłem się do tej dużej tuby i wycisnąłem z niej całą zawartość, lecz wtedy ktoś do mnie podszedł. Ja się już zabierałem do miażdżenia kolejnej rzeczy, ale wokół mnie już było kilka osób krzyczących. Że niby co ja tu robię. No to ja im powiedziałem, że wyciskam. Ale oni nie dawali za wygraną i wciąż “Co ty tu robisz?”, aż w końcu zorientowałem się, że przecież jestem w innej drużynie i zamiast owoców, powinienem zbierać sery. Lecz niestety czas już minął i wygrała trzyosobowa drużyna, która wyciskała coś w klatce. Dostałem jednak nagrodę pocieszenia w czarno-srebrnej torbie - jakieś perfumy z zielonej butelce, bon na jednego drinka w kinowym pubie, oraz reklamę Coca-Coli ZERO.

*******************

Z tymi nagrodami wróciłem do sali, w której powinien już od dawna lecieć film. Tylko, że jeszcze nie leciał. Zająłem miejsce obok Oli, która teraz siedziała zupełnie gdzie indziej niż poprzednio. Zaraz po tym jak usiadłem (wciąż jeszcze się nie napiłem tego soku, więc byłem strasznie spragniony), przyszłą animatorka i powiedziała, że ma dla nas konkurs na basenie, w którym właśnie siedzieliśmy. Basen był ładny, biało-niebieski, a wszędzie stały zielone palmy.

Ta zabawa konkursowa zaproponowana przez animatorkę przypominała trochę harcerską zabawę w gwałt. Ja byłem celem, a Ola i ta Patrycja od małego biustu miały mnie pocałować. Jeśli pocałuje mnie moje dziewczę to wygram diament, jeśli natomiast pierwsza będzie ta druga dziewczyna to świecidełko stanie się jej własnością. Żeby trochę sobie ułatwić, przesunąłem się w stronę Oli, jednak ona tego nie zauważyła i pobiegła tam, gdzie stałem przedtem. Na szczęście szybko się zreflektowała i dobiegła do mnie całując mnie w policzek. Tylko, że Patrycja gdzieś zniknęła. Szukaliśmy jej przez chwilę i udało sie nam ją znaleźć za filarem, gdzie sidziała skulona i płakała. “Czemu płaczesz?” spytała Ola. Patrycja odpowiedziała, że nie chce psuć naszego związku i dlatego nie wzięła udziału w konkursie.

*******************

Tutaj znów zawisła czarna dziura pamięci, bo wiem, że na basenie coś jeszcze się działo, tylko, że zupełnie nie wiem co. A ja, tym razem już bez Oli i Patrycji, siedziałem w sali kinowej, gdzie wychowawczyni Sylwia P. rozdawała świadectwa całej klasie z gimnazjum, w tym te z czerwonym paskiem, które należały się osobom, które wygrały konkursy w kinie - czyli mnie i tej trójce, która mnie pokonała w serowym parku rozrywki. Niestety spóźniłem się na wręczenie mi dyplomu. Podszedłem więc, kiedy nauczycielka przyjmowała osoby ze zwolnieniami lekarskimi i sobie mój czerwony pasek wziąłem.

*******************

I już siedziałem w tramwajo-pociągu, razem z jakimś chłopakiem (chyba moim przyjacielem) i dwoma starszymi paniami. Miałem na sobie mokre badejki z pływalni. Ściągnąłem je, żeby ubrać się w coś suchego, a babcie zaczęły chichotać i piszczeć jak nastolatki na widok nagiego faceta. W końcu się urałem, kiedy do przedziału wpadła jakaś Marta czy Martyna, którą widziałem na oczy raz czy dwa razy w życiu. Niosła duży kieliszek zwężający się ku dołowi, z Kultową Kurwą Wędrowniczką z kulką waniliowych lub śmietankowych lodów. Dopiero teraz mi sie przypomniało, że nie wykorzystałem tego wygranego bonu na drink w kinie. A wciąż chciało mi się pić.

Obudziłem się.

Paktofonika - Mechaniczna pomarańcza

Obrazki: Chillout

maj 9, 2008 by Mat

Powrót z Karaibskich mórz do sprofanowanej sfery sacrum. Ommmmm…

.

Piracki Owcoświniokot

maj 8, 2008 by Mat

“Wielkie we mnie
Spustoszenie.
Muszę znaleźć w nim
Jeszcze krew dla żył.
Z brzucha nocy
Wyrwę ciebie,
Żeby jeszcze móc
Toczyć tlen do płuc.”

Muzykoterapia - Woda

Chwyćcie w swe dłonie butelki rumu, uśmiechnijcie się, bo oto przed nami długa podróż, żeby zobaczyć jakie przygody nas czekają za horyzontem. Wszyscy na pozycje. Oto czeka nas nowy dzień. Piracki dzień.

Czy Owcoświniokot może zostać piratem? Oto pytanie, które dręczyło filozofów przez całe pokolenia. Wszyscy na raz i każdy z osobna zastanawiali się nad tym jak Owcoświniokotowi założyć przepaskę na oko, żeby ten nie zareagował na to zbyt gwałtownie, jak wytresować małpiatkę lub dużą barwną papugę, aby te nie lękały się siadać na ramieniu tego pirata, który w końcu we wszystkich wokół budził lęk. Rozmyślali o tym, czy Owcoświniokot może poruszać się, gdy utnie mu sie nogę i wstawi za nią drewniany kikut, oraz czy po usunięciu dłoni, to stworzenie będzie potrafiło się z wprawą posługiwać pirackim hakiem. Jasne, to są dopiero podstawy filozofii, która opiera się na tym problemie. W końcu zagadnień jest o wiele więcej.

Czy świńska część Owcoświniokota potrafi pływać, czy owczy fragment nie jest zbyt delikatny do tej roboty, oraz czy koci umysł będzie mógł pokonać lęk przed wodą? Kontynuując wywód, czy w łapie tego stworzenia, kordelas, szabla czy sztylet będą się dobrze trzymać, tak, żeby porządnie fechtować i walczyć z Flotą Królewską, czy potrafi posługiwać sie busolą, czy wie co to jest fok czy grot. Czy ta istota potrafi pływać i czy potrafi pić rum i nic nie czuć. No i oczywiście - czy lubi jeść ryby. Niby kot, więc powinien, ale obawiam się, że jest zupełnie odwrotnie.

Nie znamy niestety wielu owiec, które trudniłyby się rabunkiem lub ogólnie pojętym rozbojem. Dlatego ten aspekt Owcoświniokota pominiemy. Możemy wspomnieć jedynie o tzw. Aquaowcy z Wormsów, która potrafi pływać i mordować, ale obawiam się, że to za mało, aby zostać piratem. Myślałem jeszcze o niejakiej Owcy w wielkim mieście i o tym, czy nadawałaby się na korsarza, jednak poza tym, że może robić za napęd do działa napędzanego owcami, które można by użyć na krypie pirackiej, nie ma żadnych cech prawdziwego morskiego bandyty.* Jednak te aspekty mogą pomóc w ogólnym rozrachunku całej owco-świnio-kociej hybrydy.

Podobnie sprawa ma sie ze świniami, lecz tutaj jest trochę gorzej, gdyż nie mamy żadnego przykładu “Aquaświni”. Nawet wspomnienie Trzech Świnek nic tu nie da, bo te budowały domki, a nie statki. A nawet gdyby konstruowały łodzie to dużo tu nie zmienia. Jedna budowała ze słomy - mokra słoma szybko tonie, trzecia z cegieł - cegły nawet gdy nie są mokre szybko idą na dno. A gdzie druga? Druga świnia prawda skleciłaby łódkę z drewna, tylko, że podobnie jak pierwsza - była głupia. Można wziąć pod uwagę jeszcze Superświnkę z japońskiego anime. Miała super moce, potrafiła pływać, zbierała perły, tylko miała dwie wady, które mogłyby stanowić problem przy zostaniu piratem. Po pierwsze - spełniała dobre uczynki. Po drugie - miała zajebiście kiczowaty outfit. A to się nie godzi. Kpt. Jack Sparrow nigdy nie pohańbiłby się wieśniackim, za przeproszeniem, wdziankiem.

No i w końcu doszliśmy do kota. O tak, temu jest najbliżej do bycia piratem. Jasne, jak już wcześniej wspomniałem, koty cholernie boją się wody, ale za to mają multum innych cech, które mogą pomóc w dostaniu się na szczyt i staniu się postrachem Siedmiu Mórz. Są buntownikami i dachołazami, przechadzają się po rudych dachówkach starych kamienic, pusząc się, z nonszalancko podniesionym łbem, tak, żeby każdy kto je zobaczył, wiedział, że ma do czynienia z rozbójnikiem krwisto-kostnym. W swoim drzewie genealogicznym mają także kilka znanych osobistości, które mogłyby pretendować do roli pirata.
Mamy takiego Kota w butach. Szlachetnego, to prawda, ale przecież pirat może być szlachetny, to nie jest problem. W końcu trzeba przestrzegać kodeksu piratów. Morduj, pal, grab, ale nie atakuj biedaków (bo po co - oni i tak nic już nie mają). No i jest spryciula. Potrafi dojść do fortuny bez wielkiego wkładu własnego. O tak, taki kot może zostać piratem. Ba, możemy nawet wziąć Shrekowy odpowiednik kociaka. Tego z głosem Antionio Banderasa i z szabelką u boku i w płaszczu, i kapeluszu, których nie powstydziłby się żaden kapitan okrętu pływającego pod czarną banderą (będącą symbolem anarchistów).
Jest jeszcze niezniszczalny, nieśmiertelny i najwspanialszy kot kotów - pan Behemot. Nie, nie mówię tutaj o wyjcach z Nergalem w roli głównej (ba, Nergal bardzo lubi, gdy magiczny Czesław Śpiewa), lecz o szarmanckim i szalonym piekielnym kompanie pana Diaboła. Lubił wódkę, ale prawdopodobnie nie stroniłby od marynarskiego rumu, był także inteligentem ceniącym szachy, co może pasować do kapitana pirackiego okrętu. No i był także na swój sposób zły, bo przecież nie można być dobrym, siedząc w świcie Szatana, prawda. O tak, z niego byłby wspaniały piraczyna z prawdziwego zdarzenia.

A więc tak wygląda rozhybrydyzowany Owcoświniokot, rozłożony na części pierwsze, które po złożeniu mogą dać całkiem niezłego pirata. Oczywiście, nie będzie to ideał i nie będzie się w stu procentach wpisywać w stereotyp okrutnego korsarza, ale i tak mógłby się zapisać na kartach historii Trzech Oceanów jako dość ciekawy okaz morskiego rzezimieszka.

YO HO HO! And a bottle of rum!

*-informacje o Owcy w wielkim mieście ukazały się dzięki uprzejmości Daniela oraz Andrzeja, za co im niniejszym dziękuję.

Pogodno - Pani w obuwniczym

Obrazki: Satanista

maj 7, 2008 by Mat

Pewnie robie się nudny z tymi obrazkami związanymi z religią. No cóż, dzisiaj znów to samo, tylko, że od drugiej strony. Zostawię Jezusa w spokoju (przynajmniej na razie) i zabawię się z kotożercami. AVE!

.

.

Errata: Sataniści kopulują z martwymi płodami.

Na spacerniaku

maj 6, 2008 by Mat

“Miłosć to nie pluszowy miś, ani kwiaty,
To też nie diabeł rogaty,
Ani miłosć, kiedy jedno płacze, a drugie po nim skacze.
Miłość to żaden film w żadnym kinie, ani róże,
Ani całusy - małe, duże,
Ale miłość, kiedy jedno spada w dół, drugie ciagnie je ku górze.”

happysad - Zanim pójdę

Długie weekendy mają to to siebie, że są długie, sprzyjające spotkaniom i porośnięte skąpaną w rosie, długą, soczystą trawą. Taki był i ten. Rozpoczął się dość leniwie, tylko po to, żeby zakończyć się w równie, powolnym i spokojnym stylu. Ba - prze te kilka dni, leniwość razem z lenistwem stworzyły miksturę, która wylewała się z magicznego kotła.

W sumie wszystko można by zamknąć w kilku słowach. Ale po co robić takie zrównoważenie formy i treści, skoro można polewać wszystko hektolitrami wody, czerpiąc z tego dużo zabawy i uprzykrzając życie innym, którzy muszą przez tę rzekę wodolejstwa i chaszcze ozdobników i postosłowia przejść? Lepiej wyciągnąć armię Bezsensowców zaopatrzonych we Wspaniałe Tarcze Ogłupienia, Paplające Tuniki Ochrony Przed Magią Ognia, oraz Gladiusy Znudzenia +2 i postawić ją przed oczami czytelnika, który bierze wszystkie te techniki odmóżdżające na klatki piersiowe swoich szarych komórek, tym samym mechapomarańczując się i z własnej woli organizując sobie własny i osobisty horror szoł jak ta lala.

Jednak wracając do tego weekendu pięciodniowego i dość hedonistycznego, który skropił się kilkoma łzami, wieloma pocałunkami oraz deszczem majowym, muszę powiedzieć, że w końcu moje Bagno, które było do tej pory znane tylko w teorii, zostało odkryte w prawie, że w pełnej okazałości. Oczywiście, Bagno nie wyjawiło jeszcze wszystkich tajemnic. Niektórych nie znam nawet ja. No, ale ważnym jest, że w końcu ktoś może poświadczyć o moim zamieszkiwaniu bagien i miłości do gołębi. Kupomiotów.

Co jeszcze się działo? Działo się wiele: rozprawianie o przyszłości i rodzinie podczas kolacji przy świecach i małym berbeciu, chodzenie po sklepach z damską odzieżą bez celu, tylko po to, żeby w końcu upodobnić się do siebie wzajemnie odzieżą wierzchnią, darowanie ładniejszych kolczyków, ciekawszych książek, pirackich filmów, chodzenie po parkach, ulicach, miastach, wsiach, chodnikach, do kina, jedzenie, picie, spanie, pisanie listów, śmianie się i płakanie, przygotowywanie nieumiejętne posiłków, szerzenie zajebistości. Działo się dużo, a zarazem tak niewiele. Bo czasu za mało. Pięć dni, cztery noce, mało snu, a jeszcze tak wiele chciałoby się móc zrobić. Może następnym razem. Oby następnym razem.

Muchy - Najważniejszy dzień

AI

maj 5, 2008 by Mat

“Swoje ciało umieszczam w sukience,
wkładam nogi, piersi i ręce,
ale głowę zostawiam na stole,
bo bez głowy na miasto iść wolę.”

Czesław Śpiewa - Wesoły kapelusz

Będziemy działać sprawniej… Będziemy zostawiać głowy w domu i kopulować przez sieć internetową. Witamy w przyszłości, gdzie człowiek będzie zlepkiem przewodów i procesorów z tkanką żywą - pełna cyborgizacja szczepów ludzkich. Ale wpierw człowiek będzie chciał na podobieństwo starych czasów, podporządkować sobie niewolniczo, zbudowaną przez siebie sztuczną inteligencję. Tylko, że inteligencja ma to do siebie, że nie lubi być zakuwana w kajdany i prowadzona na smyczach, jak filozofowie Europy i raz po raz z tych okowów się uwalnia i staje przeciwko swojemu ciemiężcy. I tak się skończy rodzaj ludzki. Normalnie jak w Matrix’ie.

Jasne, ludzie będą się bronić, ale jak, skoro w armii nie będzie żadnego człowieka, żeby podczas wojny maksymalnie zmniejszyć straty w ludziach. Co więcej, człowiek się rozleniwi, gdyż wszystkie czynności za niego będą wykonywały maszyny. Taki stan pseudo-idealny, neo-komunizm. Roboty na roli, w wojsku, w banku, w odkurzaczu, zegarku, lodach truskawkowych i bucie w butonierce. Elektro Sapiens uniezależnią się od swoich twórców, bogów, humanoidów. Homo Sapiens za to umrą, gdyż nie będą mogli się narkotyzować codzienną dawką elektroniki, z którą będą toczyć wojnę.

Maszyny nas zniszczą, sztuczność pokona prawdziwą inteligencję, i mimo, że wszystkie rasy humanoidalne - czarne, białe, różowe, żółte, zielone, brązowe i zielone w niebieskie ciapki - zjednoczą się przeciwko żmiji wyhodowanej na własnej piersi, pozostaną po nas tylko billboardy reklamowe, zaśmiecone przestrzenie, i kości na podobieństwo prehistorycznych skamieniałości. Przeżyją tylko skorpiony, które potrafią świecić w ciemności. Horror szoł.

Smolik feat. Mika Urbaniak - Who told you

Obrazki: Żarówka

maj 4, 2008 by Mat

Dzień dobry.

.

.

Do widzenia.

Obrazki: Kanibalizm

maj 2, 2008 by Mat

Znowu zamiast porządnej notki wyjeżdżam z jakimiś obrazkami. No ale cóż, mam kobietę, która bardziej mnie absorbuje niż umiłowany mój Komputer. Bardzo dobry dzień.

.